STUDIO POLAKÓW Dorota Łosiewicz rozmawiała z p. Markiem o wyborach parlamentarnych i p. Julianem o środowiskach LGBT. Wyślij zgłoszenie do programu ⬇️ _____
Córka pary prezydenckiej stawia w ubiorze na klasykę i elegancję. Często wybiera jednolite sukienki - czarne, granatowe, szare, czerwone. Uwielbia, co można domniemywać po zdjęciach
– powiedziała Dorota Łosiewicz, zaznaczając jednocześnie, że wszystkie wersje tłumaczeń Wałęsy „nie mają racji bytu.” Był zdeterminowany, by niszczyć ślady swoje agenturalnej działalności. (…) Współpracował z dawną służbą, nie chciał zmienić Polski – mówiła.
Dorota Łosiewicz: Brawo Ministerstwo Zdrowia! Ktoś wreszcie, wbrew niektórym ekspertom, poszedł po rozum do głowy
NASZ WYWIAD. Prof. Franco Battaglia: "Ten domniemany kryzys klimatyczny to domek z kart, który musi się w końcu zawalić". „W rzeczywistości nie ma innej zmiany klimatu niż ta, której doświadczyła planeta od końca ostatniego zlodowacenia. Ten domniemany kryzys klimatyczny to domek z kart, który musi się w końcu zawalić - każdego
Dorota Łosiewicz ebooki, audiobooki, książki. Przeglądaj w łatwy sposób tytuły autora. Filtruj po cenie, kategorii, wydawcy lub formacie. Sprawdź jakie to proste!
. Sklep Książki Biografie Wywiady, wspomnienia Moi rodzice (okładka miękka) Wydawnictwo: The Facto Data premiery: 2014-05-21 Liczba stron: 288 Opis Opis Najbardziej wyczekiwana książka ostatnich lat. O Lechu i Marii Kaczyńskich opowiada ich córka. To przede wszystkim historia wielkiej, czułej miłości. Poza tym to saga rodzinna – dowiemy się z niej, jakim ojcem i dziadkiem był Prezydent RP i jakie ubranka dla lalek szyła Pierwsza Dama. Ale Marta Kaczyńska nie unika też tematów politycznych. Opowiada o dawnych przyjaciołach ojca, którzy stali się jego wrogami. I kreśli portret Lecha Kaczyńskiego jako wizjonerskiego męża stanu. Szczególnie poruszające są wspomnienia autorki z tragicznego kwietnia 2010 roku. Książkę ilustruje ponad 120 unikatowych zdjęć, głównie z prywatnego archiwum Marty opis pochodzi od wydawcy. Dane szczegółowe Dane szczegółowe ID produktu: 1095285183 Tytuł: Moi rodzice Autor: Kaczyńska Marta , Łosiewicz Dorota Wydawnictwo: The Facto Język wydania: polski Język oryginału: polski Liczba stron: 288 Numer wydania: I Data premiery: 2014-05-21 Rok wydania: 2014 Forma: książka Wymiary produktu [mm]: 27 x 220 x 165 Indeks: 14635847 Recenzje Recenzje Kaczyńska Marta Łosiewicz Dorota Inne z tego wydawnictwa Najczęściej kupowane
Dorota Łosiewicz była gościem w programie Moniki Jaruzelskiej. Panie rozmawiały sytuacji związanej z koronawirusem, ale też o cudach. Rozmówczyni córki Wojciecha Jaruzelskiego opowiadała o wydarzeniach ze swojego życia, które śmiało można nazwać cudem. Dziś Dorota Łosiewicz jest bardzo mocno wierząca, śmiało opowiada o swojej wierze i religijności dając świadectwo. Jednak nie zawsze tak było. Gorąco wierząca dziennikarka dawniej omijała kościół szerokim łukiem, do czego się przyznaje. W jej życiu pojawiło się jednak coś, co wywołało nawrócenie. Jak zaszła w niej ta zmiana? O wszystkim Dorota Łosiewicz opowiedziała Monice Jaruzelskiej. Lech Wałęsa przyznał otwarcie, jak to jest z jego żoną Danutą. Brutalna szczerość o relacji małżonków Gwiazda TVP nawróciła się dzięki mężowi Dorota Łosiewicz, którą doskonale znają widzowie TVP, jest osobą wierzącą i praktykującą, ale nie zawsze tak było. Jak mówiła nie było jej po drodze z kościołem ani w liceum, ani w podstawówce. Pochodziła z rodziny wierzącej, ale niepraktykującej. Wszystko zmieniło się, gdy poznała swojego przyszłego męża: - Pojawił się mój mąż, który od początku był osoba wierzącą... Mówi: wiesz rób co uważasz, tylko musimy nasze dzieci wychować po katolicku i będziesz chodziła z nami do kościoła. Pomyślałam, no dobrze... Zaczęłam słuchać, nadrabiać zaległości. Wydarzyło się w moim życiu nawrócenie. Jak dodała wydarzyło się to już około 20 lat temu. Jednak mało kto słyszał i wiedział o tej historii, dla wielu może to być zaskoczenie. Łosiewicz dodała, że przypieczętowaniem jej nawrócenia była sytuacja z narodzinami najmłodszej córki. Ziemkiewicz pokazał, co ma nad biurkiem. To zdjęcie żony. Ten widok zapiera dech w piersiach! Tak zmieniała się Anita Werner
Poznajcie nasz cykl "Polska mama pracująca", w którym prezentujemy historie matek, na różne sposoby godzących macierzyństwo i karierę. Jak sobie radzą? Co je przytłacza, a co motywuje? Gdzie szukają pomocy? Jakie odnoszą sukcesy? Bohaterką każdego odcinka będzie inna mama realizująca charakterystyczny tylko dla niej model łączenia pracy z wychowaniem dzieci. Chcemy, byście poznały te kobiety. Na początek prezentujemy historię Doroty Łosiewicz - dowiedzcie się, jaki jest jej klucz do pogodzenie kariery z macierzyństwem i jak model realizowany w jej rodzinie ocenia psycholog. Źródło: Newsweek_redakcja_zrodlo
Nikt nie spodziewał się takiego scenariusza. Od początku wszystko było niezgodne z planem, mimo to wyszło zaskakująco dobrze. Bóg po raz kolejny pokazał, że życie ludzkie jest cudem. Doświadczyła tego Dorota Łosiewicz, która była gościem specjalnym tegorocznej Diecezjalnej Pielgrzymki Kobiet. Jest dziennikarką. Pisze do tygodnika „Sieci” i na portalu Prowadzi programy „W tyle wizji”, „Kwadrans polityczny”, „Wieża Bab” i „Rozmowa Poranna studia Wydała też trzy książki: „Moi rodzice” (wywiad rzeka z Martą Kaczyńską), „Cuda nasze powszednie” i „Życie jest cudem”. Karierę dziennikarską łączy z życiem rodzinnym. Jest żoną i mamą czwórki dzieci. Historia, którą podzieliła się w Pratulinie, porusza i zadziwia. Oddali i dostali Był grudzień 2015 r. Państwo Łosiewiczowie wrócili z rekolekcji małżeńskich. Przed Bożym Narodzeniem postanowili, że opróżnią swoje szafy z małych kocyków, ubranek, bawełnianych pieluch i zabawek. Mieli już troje odchowanych dzieci, więc doszli do wniosku, że takie akcesoria nie będą im potrzebne. Wszystko porozwozili po domach samotnej matki. W styczniu pani Dorota zorientowała się, że jest w czwartej ciąży. Uznała, że to łaska niedawnych rekolekcji i owoc działania Ducha Świętego. - Dobiegły końca prace nad książką, którą pisałam z Martą Kaczyńską. Postanowiłam, że nie opublikuję kolejnej, dopóki Pan Bóg nie da mi wyraźnego znaku. Dziś wiem, że kiedy stawiamy przed Nim takie wyzwania, On odpowiada błyskawicznie. Po wykonaniu dwóch testów ciążowych, które potwierdziły mój stan, postanowiłam pójść do lekarza. W międzyczasie znajomi obdarowali nas nowymi ubrankami i dziecięcymi akcesoriami. Dostaliśmy trzy razy więcej, niż mieliśmy wcześniej. Niestety, potem przestało być tak różowo... Po wykonaniu badań lekarz powiedział, że podejrzewa ciążę pozamaciczną. Kazał natychmiast zgłosić się do szpitala - wspomina D. Łosiewicz. Dziennikarka trafiła do warszawskiego szpitala im. Świętej Rodziny. Tam potwierdzono diagnozę i zalecono pozostać na oddziale. Pani Dorota postanowiła jednak wrócić do domu. Kolejnego dnia - za namową przyjaciółki i jednej z lekarek - znów pojechała na oddział. Możesz iść po wypis - Na poniedziałek wstępnie planowano laparoskopię. Jej wynik miał zadecydować o dalszym postępowaniu. W niedzielę razem z mężem mieliśmy być na Eucharystii we wspólnocie „Święta Rodzina”. Wysłałam esemesy do znajomych, informując o naszej nieobecności. Napisałam, że jestem w szpitalu. Wieczorem ogarnął mnie wielki żal. Poczułam ogromny strach o moje dziecko. Wiedziałam, że jest w niebezpieczeństwie. Po jakimś czasie płacz odszedł i poczułam spokój. Po godzinie drzwi do sali otworzyły się i zobaczyłam w nich znajomych ze wspólnoty. Weszli ze słowami: „Dostaliśmy przynaglenie, aby do ciebie przyjechać”. Spytałam, czy się za mnie modlili. Potwierdzili, pytając, skąd o tym wiem. Odpowiedziałam, że czułam to. Wierzę, iż Duch Święty działa na odległość. Znajomi mówili: „Przyjechaliśmy, bo poczuliśmy, że potrzebujesz pomocy”. Modlili się nade mną wstawienniczo. Jeden z kolegów w pewnym momencie rzucił: „Pan Jezus pyta, czy Mu ufasz?”. Powiedziałam: „Tak”. Po modlitwie usłyszałam: „Możesz iść po wypis ze szpitala”. Stwierdziłam, że poczekam do poniedziałku, bo nie do końca wierzyłam w takie rozwiązanie - przyznaje. Znów pod górkę W poniedziałkowy poranek pani Dorota poprosiła lekarza, który pojawił się na dyżurze, o przeprowadzenie badania. Wrócił do pracy po weekendzie i nie znał historii choroby. Jeszcze przed obchodem zaprosił ją do gabinetu, w którym wisiał obraz... Świętej Rodziny. W trakcie badania zapytał, dlaczego leży w szpitalu. Gdy powiedziała mu o podejrzeniu ciąży pozamacicznej i krwiaku, zdziwił się. Odparł: „Dawno nie widziałem tak prawidłowego obrazu ósmego tygodnia ciąży. Nie ma żadnego krwiaka, widać tylko piękne dziecko”. I dał wypis. Dziennikarka zdarzenie zinterpretowała jako wyczekiwany znak, że ma zebrać podobne historie i je opisać. W czasie ciąży pani Dorota jeździła po Polsce i zbierała materiały do kolejnej książki. Gromadziła świadectwa ludzi i przykłady Bożych interwencji. Potem na świat przyszła Anielka. Okazało się, że jest ciężko chora, bo ma niedrożny przewód pokarmowy. Jej jelita skręciły się dwukrotnie i konieczna była natychmiastowa operacja. Zabrali ją do innego szpitala. Zabieg przeprowadzono w pierwszej dobie życia. - Gdy rano jechałam do Anielki (znów wypisałam się na własne życzenie), zrozumiałam, że ten, kto nie bał się o życie dziecka, ten tak naprawdę nie doświadczył, czym jest strach. Podczas operacji nastąpiła niewydolność krążeniowo-oddechowa. Anielka była w śpiączce. Jej serduszko podtrzymywała dopamina. W trakcie zabiegu wycięto jej 25 cm jelita i założono stomię - wyjaśnia D. Łosiewicz. Anioł w lekarskim kitlu Po kilku dniach serce dziewczynki podjęło samodzielną pracę, potem wróciła zdolność oddychania. Z intensywnej terapii przeniesiono ją na oddział chirurgii. Niestety, nadal dochodziło do różnych komplikacji. - Rana operacyjna nie goiła się, doszło do zakażenia. Podejrzewano, że Anielka ma zespół krótkiego jelita i przez całe życie będzie karmiona dojelitowo. Dużo się wtedy modliłam, ale też kłóciłam z Bogiem. Przed narodzinami napisałam książkę o cudach. Kończył ją cytat z wiersza ks. Jana Twardowskiego: „Cud chce jak najlepiej, a utrudnia wiarę”. Pomyślałam, że może ta ciężka sytuacja jest po to, bym potrafiła zachować wiarę, jeśli cud się nie zdarzy. Ze łzami modliłam się: „Panie Boże, Ty możesz wszystko! Gdybyś chciał, to jej jelito mogłoby się zrosnąć i mogłabym wynieść ze szpitala zdrowe dziecko”. To było po ludzku absurdalne. Zrośniecie się przeciętego jelita jest przecież niemożliwe. Lekarze omijali nas szerokiemu łukiem, bo żaden z nich nie miał na ogół dobrych wieści. Kiedy tak płakałam, podeszła do mnie pewna lekarka, mówiąc: „Czemu pani tak ryczy? Będzie dobrze! Wyjdziecie stąd razem i jeszcze zacznie pani to dziecko karmić piersią”. Podniosła mnie na duchu. Pan Bóg widział, że jest mi bardzo ciężko i zesłał takiego anioła - podkreśla. Jeśli chcesz, ratuj! Pewnego dnia pani Dorota przypomniała sobie o oleju św. Charbela. Otrzymała go w trakcie pisania książki „Cuda nasze powszednie”, ale nigdy wcześniej nie używała, bo nie było takiej potrzeby. Wspólnie z mężem namaścili nim małą Anielkę. Powiedzieli Bogu: „Niech się dzieje Twoja wola. Jeśli chcesz - ratuj, jeśli masz inny plan - przyjmiemy go”. Następnego dnia przyszedł do nich szef oddziału chirurgii. Poinformował, że musi wykonać drugą operację. Oznajmił, że rana nie goi się, bo stomia wyłoniona jest zbyt płytko i treść jelita wszystko zalewa i zanieczyszcza. Chciał naprawić to, co zostało wykonane nieprawidłowo podczas pierwszego zabiegu. Anielka miała być na czczo. - Przez cały czas dawałam córce po kilka kropel własnego mleka; wszystko po to, by pobudzać do pracy jej żołądek. W międzyczasie przygotowywano nas do opieki nad dzieckiem ze stomią. Uczono, jak ją obsługiwać. Powiedziano, że będziemy musieli przyjeżdżać do szpitala trzy razy w tygodniu na płukanie części jelita, która nie pracowała. Ten fragment wyglądał jak cienka szara sznurówka. Przewidywano, że zespolenia i usunięcia stomii będzie można dokonać za 8-12 miesięcy - wspomina. „Nigdy tego nie widziałem!” Anielkę zabrano na zabieg o rano. Operacja miała trwać dwie godziny, a przeciągnęła się do pięciu. Na sali i wokół bloku panował duży ruch. Jedni z niej wychodzili, inni wchodzili. - Wreszcie doczekaliśmy się informacji. Po otwarciu brzucha Anielki wyszło na jaw, że druga część jelita... pracuje w najlepsze. Ruszyła sama, zanim rozpoczęto płukanie. Okazało się, że niedługo wyjdziemy ze szpitala ze zdrowym dzieckiem. Kolejnego dnia na intensywnej terapii dowiedziałam się, że ruch na sali wynikał stąd, że pan profesor chciał, aby wszyscy zobaczyli jelito Anielki. Choć musieliśmy poczekać na to, czy po zespoleniu zacznie działać ono prawidłowo, ja już wiedziałam, że wydarzył się nasz cud - wspomina. Kilka dni później D. Łosiewicz zaczęła karmić Anielkę piersią. Robiła to ponad dwa lata. Wbrew krążącym opiniom mała nie utraciła odruchu ssania. - Dziś jest zdrowa i radosna. Czwarte macierzyństwo przeżyłam inaczej niż w przypadku pozostałych dzieci. Na Anielę patrzymy z mężem jak na naszą wisienkę na torcie. Jest uwielbiana przez rodzeństwo, wszyscy ją noszą, obcałowują, bo wiemy, że mogło jej z nami nie być - podkreśla. Książka na spłatę długu D. Łosiewicz przyznaje, że spotkała Boga dzięki mężowi. - Mam 40 lat. Gdyby dwie dekady wcześniej ktoś powiedział mi, że będę mówić o cudach i dawać świadectwo, prawdopodobnie bym nie uwierzyła. Byłam dość daleko od Kościoła. Może wynikało to nieco ze sposobu wychowania? Kiedy poznałam męża, studiowałam dwa kierunki i pracowałam już w telewizji. Wiedział, że będę aktywna zawodowo, że nie lubię siedzieć w miejscu. Pewnie trochę bał się takiej żony, ale oświadczając się mi, zaznaczył: „Zawodowo rób, co chcesz. Idź taką ścieżką, jaką pragniesz. Mam tylko jeden warunek: będziemy chodzić do kościoła, ochrzcimy nasze dzieci i wychowamy je po katolicku”. Przystałam na to i zaczęłam z nim uczęszczać na Mszę św. W moim życiu rozpoczęło się działanie łaski Bożej. Przed ślubem przyjęłam sakrament bierzmowania. Świadkiem był mąż. Teraz wzajemnie prowadzimy się do Boga, ja jego, a on mnie - zaznacza. Z wdzięczności za Anielkę pani Dorota napisała kolejną książkę: „Życie jest cudem”. Zawarte w niej historie nie zawsze kończą się happy endem. - Opisałam historie trudnego rodzicielstwa, jednak pełne miłości i warte zachodu. Wierzę, że jeśli uda się w ten sposób ocalić choć jedno życie, pokochać chore dziecko czy uznać, że jest ono darem, mój trud nie poszedł na marne. Drogie panie, kochajcie życie i przekazujcie miłość do życia swoim córkom, siostrom i przyjaciółkom. Uwierzcie, że wspólnymi siłami uda nam się sprawić, by ten świat był choć trochę lepszy - apeluje. AWAWEcho Katolickie 24/2018 opr. ab/ab
Przeczytałam, że do Pani książki „Życie jest cudem” jak ulał pasuje zdanie, że życie pisze najbardziej nieprzewidywalne scenariusze. Kim są bohaterowie książki? Co ich łączy? To słowa Darka „Meleo” Melejonka, genialnego artysty. Życie pisze takie scenariusze, jakich sami nigdy byśmy nie wymyślili. Ja bym pewnie 20 lat temu nie uwierzyła, że będę pisała książki o Bogu. Pewnie też ciężko by mi było uwierzyć, że urodzę czworo dzieci itd. Ale wracając do Pani pytania: to zwykli ludzie. Pewnie każdy z naszych czytelników mógłby być jednym z nich. W książce „Życie jest cudem” łączy ich po prostu niezwykła miłość do życia. Taka miłość często nierozumiana przez świat. W poprzedniej książce, „Cuda nasze powszednie”, opisywałam ludzi, którzy doświadczyli Bożej interwencji. Odzyskali zdrowie, poskładali małżeństwo, uratowali dziecko, ale nie sami, tylko dzięki Łasce. Ludziom zazwyczaj trudno mówić o swoich przeżyciach. Jak Pani sprawiła, że te osoby otworzyły się przed Panią, dały świadectwo? Często jest tak, że ludzie, którzy doświadczyli Boga, przeżyli coś wyjątkowego, mają potrzebę, żeby się tym dzielić. Czują misję, żeby dawać świadectwo. I może dlatego chętnie mówili. Może jest też tak, że umiem słuchać. Wydaje mi się, że dostałam dar słuchania. Kilkakrotnie mówili mi to również politycy, z którymi rozmawiałam. Byli zaskoczeni, że ktoś ich słuchał. A każdy po prostu lubi być wysłuchany. Myślę też, że ludzie dzielą się swoimi historiami z wdzięczności, by spłacić dług. Która z historii najbardziej Panią poruszyła? To trochę tak, jak pytać dziecko, czy bardziej kocha mamę czy tatę. Kocham wszystkie te historie, a raczej wszystkich moich bohaterów. Każda z opowieści składa się na obraz Bożego miłosierdzia (jak w przypadku książki „Cuda nasze powszednie”) czy na obraz świętości życia ( „Życie jest cudem”). Każda coś wnosi i jest potrzebna. Myślę, że obie książki tworzą historie, które miały się w nich znaleźć. Zresztą mam poczucie, że obie były zleconym zadaniem. Jak to? Gdy skończyłam pisać swoją pierwszą książkę, wywiad rzekę z Martą Kaczyńską, powiedziałam, że nie wezmę się za nic, dopóki nie dostanę sygnału z nieba, że to jest temat, którym mam się zająć. Sygnał przyszedł? Szybciej, niż mogłam sądzić. Zaszłam w czwartą ciążę, trafiłam do szpitala z podejrzeniem ciąży pozamacicznej. Spędziłam tam kilka dni. W niedzielę przyjechali przyjaciele ze wspólnoty, zrobili modlitwę wstawienniczą, a kolejnego dnia okazało się, że wszystko jest wspaniale. Nie twierdzę oczywiście, że stał się cud, ale nie mogę wykluczyć, że tak było. Poczułam natomiast opiekę. I od razu pomyślałam, że należy pojechać w Polskę i zebrać historie, w których ludzie doświadczyli Bożej interwencji. Nie chodziło mi o cuda badane przez komisje kościelne, a o takie sytuacje, w których dzięki wierze nastąpił nagły zwrot akcji. Mam wrażenie, że od 2 tys. lat nic się nie zmieniło. Pan Jezus wciąż chodzi po ziemi i działa. Ci, co chcą, to widzą, inni nie. W nocy przyśnił mi się tytuł poprzedniej książki. No po prostu dostałam zadanie. To już wiemy, skąd „Cuda nasze powszednie”. A kiedy Pani uznała, że „Życie jest cudem”? Zawsze to czułam, ale krzyczeć o tym postanowiłam dopiero, gdy przydarzył mi się prawdziwy cud. Nasze czwarte dziecko, córka Aniela, urodziła się chora, miała skręt jelit i niedrożność przewodu pokarmowego. Konieczna była natychmiastowa operacja. Podczas zabiegu miała niewydolność oddechową i krążenia, później spędziła kilka dni w śpiączce. Gdy już się wybudziła, mieliśmy przed sobą perspektywę wielomiesięcznego życia ze stomią i częstych wizyt w szpitalu w celu płukania części jelita, która była za skrętem, tak, żeby może kiedyś możliwe było zespolenie. Trudno mi się było pogodzić z tą sytuacją. Właśnie wówczas skończyłam pisać książkę „Cuda nasze powszednie” i myślałam, że to dla mnie test wiary w sytuacji, gdy cud się nie zdarzy. Ale się zdarzył. Co się stało? Nie mam wątpliwości, że doświadczyłam Bożej interwencji. Po pierwsze, na początku z Anielką nie było za dobrze. Przyjaciele zorganizowali modlitwę, do której dołączało się mnóstwo ludzi. Im było ich więcej, tym lepszy był stan córki. Podczas pisania książki dostałam od jednej z bohaterek olej św. Charbela. Zapomniałam, że go mam. Pożyczałam ampułkę tym, którzy potrzebowali. U mnie wszyscy byli zdrowi. Gdy sobie przypomniałam o oleju, znajoma odwiozła mi go do szpitala i namaściliśmy córkę. Dzień później profesor zdecydował się na operację. Rana się nie goiła, wdała sie infekcja, bo treść ze stomii ją zalewała. Trzeba było inaczej tę stomię wyłonić. Po to miała być druga operacja. Jednak już na stole okazało się, że druga część jelita, która miała być miesiącami płukana, sama podjęła pracę. Profesor zdecydował o zespoleniu. Dziś dziecko jest zupełnie zdrowe. Dla mnie to był nasz cud. Jednak było nim też to, że spotkaliśmy świetnych lekarzy. Osoba wierząca w wielu aspektach życia widzi Boga, a niewierząca zobaczy wyłącznie pracę lekarzy. To było natchnienie do napisania kolejnej książki? Ona wyniknęła z wdzięczności. Czułam, że spłacam nią mój dług. Może choć jedno życie uda się uratować. Poza tym poznałam po drodze fantastycznych ludzi, na co dzień mających doświadczenia z cudem życia. Oni byli wielką inspiracją i motorem napędowym pracy. Wróćmy więc do bohaterów książki „Życia jest cudem”. Pojawia się w nich czasem bunt. Jeden z nich, któremu po dramatycznym przebiegu ciąży rodzi się dziecko i nikt nie daje mu szans na przeżycie, wyznaje: zachowaliśmy czystość przed ślubem, po ślubie od razu otworzyliśmy się na życie. Dlaczego Bóg nas tak doświadcza? Każdy się czasem buntuje. Grunt to umieć nawet w dramatycznej sytuacji dojrzeć Boży plan. A często to jest trudne. Mnie też było trudno. Miałam chwile zwątpienia, stojąc nad łóżkiem dziecka, płakałam, a raczej wyłam, jak nigdy w życiu. I myślałam: „dla Ciebie, Panie Boże, nie ma nic niemożliwego. Gdybyś tylko chciał, ta stomia mogłaby zniknąć, a jelito mogłoby znów być w jednym kawałku”. I tak się stało. Inni bohaterowie, których syn zginął na pasach, zrozumieli, że on był im dany, jak wszystkie dzieci, tylko na pewien czas i po prostu wrócił do Ojca. Jednak dojście do tego nie było łatwe. Inni z kolei dopiero w trakcie dramatycznych przeżyć dojrzewają do tego, żeby bronić życia... Bo od rodziny czy znajomych słyszą radę, że najlepiej byłoby przerwać ciążę... Ale nagle okazuje się, że życie niedoskonałe, ułomne (w sensie postrzegania go przez świat) jest dokładnie tym, czego potrzebują. Okazuje się, że życie którego nie chcieli, którego się bali, staje się ich sensem, spełnieniem. Z kart książki wyłania się nie zawsze idealny obraz polskiej służby zdrowia. Szokujące jest to, że lekarze często nakłaniają do aborcji. Nie chcą uszanować decyzji rodziców, że dziecko ma się urodzić, nawet jeśli jest chore i nawet jeśli będzie krótko żyło... Nie tylko nie chcą uszanować takiej decyzji, ale często potrafią gnębić rodziców telefonami, by nie przegapili ustawowego terminu. Jakby czuli misję, że muszą dopilnować, by doszło do aborcji. Są tacy lekarze, nic na to nie poradzimy. Ale jest równie wielu niezwykle empatycznych, wspaniałych, robiących wszystko, by ulżyć w cierpieniu, zrozumieć wysłuchać. Tego, niestety, nie uczą na żadnym uniwersytecie. Tę wrażliwość trzeba po prostu w sobie mieć. Przeczytałam stwierdzenie, że książka „Życie jest cudem” może być przewodnikiem po krętych ścieżkach wiary, drogowskazem dla osób zmagających się z cierpieniem. Czy właśnie takie przesłanie ma Pani książka? Każdy czytelnik może znaleźć inne przesłanie. A jeśli jest, jak Pani mówi, i mogłam być narzędziem w ręku Pana Boga, to tylko wypada się cieszyć. O czym Pani marzy? O tym, żeby zestarzeć się z mężem w zdrowiu i żeby nie przeżyć własnych dzieci. O tym, żeby zawsze być tak szczęśliwą, jak teraz. Ale raczej nie snuję dalekosiężnych planów. Co ma być, to będzie. Mawia się: chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz Mu o swoich planach. Ludzie za często zapominają, że to nie ich plan na życie ma się realizować. Jak wyobraża sobie Pani siebie za kilkadziesiąt lat? Nie myślę w takiej perspektywie, bo to nie ma sensu. Ludzie za często myślą o tym, jaka powinna być ich przyszłość i nie cieszą się teraźniejszością. A ja się cieszę tym, co mam, co zostało mi dane. Czasem staje mi przed oczyma obraz niedużego domku w lesie, uśmiechnięta starsza pani siedzi na tarasie i pisze książkę. Jej mąż kosi trawnik, jej wnuki biegają po podwórku. Czy to jestem ja? Okaże się... Dziękuję za rozmowę. Not. KOEcho Katolickie 29/2017 opr. ab/ab
dorota łosiewicz z rodziną