Świeci gwiazdka jedna, druga Kręci głową oczkiem mruga Wszystkie gwiazdki zaświeciły wszystkie razem zatańczyły. Chodź gwiazdeczko, chodź gwiazdeczko zabawimy się w kółeczko Fragment piosenki "Słoneczko woła" Słoneczko śpiewa na cały głos Choć byś miał nagle kłopotów sto Słoneczko z góry uśmiecha się Tu jest rączka, tutaj druga, A tu oczko do mnie mruga. Tu jest buźka, tu ząbeczki, Tu wpadają cukiereczki. Tu jest nóżka i tu nóżka, Zatańcz ze mną jak kaczuszka. Pewien bardzo mały miś. I. Pewien bardzo mały miś do przedszkola przyszedł dziś. I powiedział mi do uszka, że najlepiej jest w maluszkach. II. Pewien bardzo mały miś Marzec Idzie wiosna polną drogą - piosenka Idzie Wiosna polną drogą, trawa się zieleni, Teraz ładnie ciebie prosi, byś w boćka zmienił. Ucho me słyszy! Z gór wielkich spłyną, jak płaszcze błękitu, Przybiorą z jarów i źródlisk tajemnych, I w pierwszych blaskach nowego rozświtu. Napoją ciemnych. I srebrnem skrzydłem uderzą o gmachy, Spróchniałe w sobie, stojące bez duszy; I pójdą dreszczem po ludach przestrachy. I grom je ruszy. Świeci gwiazdka w górze, cudnym blaskiem wieści: w ubożuchnej szopce Matka Syna pieści, Jezus dłonie wznosi nad prostacze głowy, błogosławi, cieszy Napróźno! Jedna tylko iskra jest w człowieku, Raz tylko w młodocianym zapala się wieku, Czasem ją oddech Minerwy roznieci: Wtenczas nad ciemne plemiona Powstaje mędrzec, i gwiazda Platona W długie wieki wieków świeci. Iskrę tę jeśli duma rozżarzy w pochodnie: Wtenczas zagrzmi bohater, pnie się do szkarłatu, . Tekst piosenki: Świecą gwiazdy, świecą na wysokim niebie Tylko nie myśl sobie, że świecą dla ciebie Świecą gwiazdy, świecą, mruga jedna z drugą Jednemu być panem, a innemu sługą Świecą gwiazdy, świecą, świecą, a nie grzeją Panom pochlebiają, a z biednych się śmieją Świecą gwiazdy, świecą nad naszą Warszawą Zdobią nie byle co, takie to ich prawo Aha, aha, aha, aha Ta bliżej miesiąca, co lśni już od rana Jak w herbowej tarczy - to dla jaśnie pana Ta, która z obłoczka wesoło przeziera Za tysiączek na rok świeci dla bankiera A ta trzecia gwiazda ze złota szczerego Zapamiętaj sobie - to dla stójkowego A ta znów gwiazdeczka, co świeci do rana I ta nie dla ciebie, a dla sufragana Aha, aha, aha, aha Albo wy gwiazdeczki na wieki zgaśniecie Albo mnie do wojny z możnymi popchniecie Do wojny popchniecie z jasnymi panami Żeby się zrównały piętra z piwnicami Ale przyjdzie chwila, że gniewem zapłoną Na wysokim niebie gwiazdy na czerwono I będziecie, gwiazdy na wysokim niebie Świecić tylko dla nas - dla mnie i dla ciebie Dodaj interpretację do tego tekstu » Historia edycji tekstu KSIĘGA ÓSMA. ZAJAZD. TREŚĆ. Astronomia Wojskiego — Uwaga Podkomorzego nad kometami — Ta-jemnicza scena w pokoju Sędziego — Tadeusz chcąc zręcznie wy-plątać się wpada w wielkie kłopoty — Nowa Dydo — Zajazd —Ostatnia woźnieńska protestacya — Hrabia zdobywa So-plicowo — Szturm i rzeź — Gerwazy piwniczym —Uczta Zajazdowa. Przed burzą bywa chwila cicha i ponura; Kiedy nad głowy ludzi przyleciawszy chmura, Stanie i grożąc twarzą, dech wiatrów zatrzyma, Milczy, obiega ziemię błyskawic oczyma, Znacząc te miejsca, gdzie wnet ciśnie grom po gromie: Téj ciszy chwila była w Soplicowskim domie. Myśliłbyś, że przeczucie nadzwyczajnych zdarzeń, Scięło usta, i wzniosło duchy w kraje marzeń. Po wieczerzy, i Sędzia i goście ze dworu Wychodzą na dziedziniec, używać wieczoru; Zasiadają na przyzbach wysłanych murawą; Całe grono s posępną i cichą postawą, Pogląda w niebo, które zdawało się zniżać, Scieśniać i coraz bardziéj ku ziemi przybliżać; Aż oboje skrywszy się pod zasłonę ciemną Jak kochankowie, wszczęli rozmowę tajemną, Tłómacząc swe uczucia w westchnieniach tłumionych, Szeptach, szmerach i słowach na wpół wymówionych, S których składa się dziwna muzyka wieczoru. Zaczął ją puszczyk, jęcząc na poddaszu dworu; Szepnęły wiotkiém skrzydłem niedoperze, lecą Pod dom, gdzie szyby okien, twarze ludzi świecą; Bliżéj zaś, niedoperzów siostrzyczki, ćmy, rojem Wiją się, przywabione białym kobiet strojem, Mianowicie przykrzą się Zosi, bijąc w lice, I w jasne oczki, które biorą za dwie świéce. Na powietrzu owadów wielki krąg się zbiera, Kręci sie grając jako harmoniki sfera; Ucho Zosi rozróżnia wśród tysiąca gwarów Akord muszek i półton fałszywy komarów. W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty; Właśnie muzycy kończą stroić instrumenty, Już trzykroć wrzasnął derkacz, piérwszy skrzypak łąki, Już mu zdala wtórują z bagien basem bąki, Już bekasy do góry porwawszy sie wiją, I bekając raz poraz jak bębenki biją. Na finał szmerów muszych i ptaszęcéj wrzawy, Odezwały się chórem podwójnym dwa stawy, Jako zaklęte w górach kaukazkich jeziora Milczące przez dzień cały, grające z wieczora. Jeden staw co toń jasną i brzeg miał piaszczysty, Modrą piersią jęk wydał cichy, uroczysty; Drugi staw z dnem błotnistém i gardzielem mętnym, Odpowiedział mu krzykiem żałośnie namiętnym; W obu stawach piały żab niezliczone hordy, Oba chory zgodzone w dwa wielkie akordy. Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nóci s cicha; Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha; Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola, Jak grające na przemian dwie arfy Eola. Mrok gęstniał; tylko w gaju i około rzeczki W łozach, błyskały wilcze oczy jako świeczki, A daléj u ścieśnionych widnokręgu brzegów, Tu i ówdzie ogniska pastuszych noclegów. Nareszcie księżyc srebrną pochodnię zaniecił, Wyszedł z boru i niebo i ziemię oświecił. One teraz s pomroku odkryte w połowie, Drzemały obok siebie, jako małżonkowie Szczęśliwi: niebo w czyste objęło ramiona Ziemi pierś, co księżycem świeci posrebrzona. Już na przeciw księżyca, gwiazda jedna, druga Błysnęła; już ich tysiąć, już milion mruga. Kastor z bratem Poluxem jaśnieli na czele, Zwani niegdyś u Sławian Lele i Polele, Teraz ich w zodiaku gminnym znów przechrzczono, Jeden zowie się Litwą, a drugi Koroną. Daléj niebiéskiej Wagi dwie szale błyskają; Na nich Bóg w dniu stworzenia (starzy powiadają) Ważył s kolei wszystkie planety i ziemię, Nim w przepaściach powietrza osadził ich brzemię; Potem wagi złociste zawiesił na niebie: Z nich to ludzie wag i szal wzór wzięli dla siebie. Na połnóc, świeci okrąg gwiaździstego Sita, Przez które Bóg (jak mówią) przesiał ziarnka żyta, Kiedy je z nieba zrzucał dla Adama ojca, Wygnanego za grzechy z roskoszy ogrojca. Nieco wyżéj Dawida wóz, gotów do jazdy,[1] Długi dyszel kieruje do polarnej gwiazdy, Starzy Litwini wiedzą o rydwanie owym, Że nie słusznie pospólstwo zwie go Dawidowym, Gdyż to jest wóz Anielski. Na nim to przed czasy, Jechał Lucyper, Boga gdy wyzwał w zapasy, Mlecznym gościńcem pędząc w cwał w niebieskie progi, Aż go Michał zbił z wozu, a wóz zrucił z drogi. Teraz popsuty między gwiazdami się wala, Naprawiać go Archanioł Michał nie pozwala. I to wiadomo także u starych Litwinów, (A wiadomość tę pono wzięli od rabinów) Że ów zodyakowy Smok długi i gruby Który gwiaździste wije po niebie przeguby, Którego mylnie wężem chrzcą Astronomowie, Jest nie wężem lecz rybą, Lewiatan się zowie. Przed czasy mieszkał w morzach, ale po potopie Zdechł z niedostatku wody; więc na niebios stropie Tak dla osobliwości, jako dla pamiątki, Anieli zawiesili jego martwe szczątki. Podobnie pleban Mirski zawiesił w kościele Wykopane olbrzymów żebra i piszczele.[2] Takie gwiazd historye, które s książek zbadał, Albo słyszał s podania, Wojski opowiadał; Chociaż wieczorem słaby miał wzrok Wolski stary, I nie mógł w niebie dójrzeć nic przez okulary, Lecz na pamięć znał imie i kształt każdéj gwiazdy; Wskazywał palcem miejsca i drogę ich jazdy. Dziś mało go słuchano, nie zważano wcale Na Sito, ni na Smoka, ani też na Szale; Dziś oczy i myśl wszystkich pociąga do siebie Nowy gość, dostrzeżony niedawno na niebie, Był to kometa piérwszéj wielkości i mocy,[3] Zjawił się na zachodzie, leciał ku północy; Krwawym okiem z ukosa na rydwan spoziera, Jakby chciał zająć puste miejsce Lucypera, Warkocz długi w tył rzucił, i część nieba trzecią Obwinął nim, gwiazd krocie zagarnął jak siecią, I ciągnie je za sobą, a sam wyżéj głową Mierzy, na północ, prosto w gwiazdę biegunową. Z niewymowném przeczuciem cały lud Litewski Poglądał każdéj nocy na ten cud niebieski, Biorąc złą wróżbę z niego, tudzież z innych znaków: Bo zbyt często słyszano krzyk złowieszczych ptaków, Które na pustych polach gromadząc się w kupy, Ostrzyły dzioby jakby czekając na trupy. Zbyt często postrzegano, że psy ziemię ryły, I jak gdyby śmierć wietrząc przeraźliwie wyły: Co wróży głód lub wojnę; a strażnicy boru Widzieli jak przez smętarz szła dziewica moru, Która wznosi się czołem nad najwyższe drzewa, A w lewym ręku chustką skrwawioną powiewa. Różne stąd wnioski tworzył, stojący przy płocie Cywón, co przyszedł zdawać sprawę o robocie, I pisarz prowentowy w szeptach z ekonomem. Lecz Podkomorzy siedział na przyźbie przed domem. Przerwał rozmowę gości, znać że głos zabiera; Błysnęła przy księżycu wielka tabakiera (Cała s szczerego złota, z brylantów oprawa, We środku za szkłem portret króla Stanisława) Zadzwonił w nią palcami, zażył i rzekł: Panie Tadeuszu, Waścine o gwiazdach gadanie, Jest tylko echem tego co słyszałeś w szkole. Ja o cudzie, prostaków poradzić się wolę. I ja Astronomii słuchałem dwa lata W Wilnie, gdzie Sapieżyna, mądra i bogata Pani, oddała dochód z wioski dwiestu chłopów, Na zakupienie różnych szkieł i teleskopów. Ksiądz Poczobut człek sławny był Obserwatorem,[4] I całéj Akademii naonczas Rektorem, Przecież w końcu katedrę i teleskop rzucił, Do klasztoru, do cichéj celi swéj powrócił, I tam umarł przykładnie. Znam się też s Sniadeckim Który jest mądrym bardzo człekiem, chociaż świeckim. Owoż Astronomowie, planetę, kometę, Uważają tak jako mieszczanie karetę; Wiedzą czyli zajeżdża przed króla stolicę, Czyli z rogatek miejskich rusza za granicę; Lecz kto w niéj jechał? po co? co s królem rozmawiał? Czy król posła s pokojem czy z wojną wyprawiał? O to ani pytają. Pomnę za mych czasów Gdy Branecki karetą swą ruszył do Jassów, I za tą niepoczciwą pociągnął karetą Ogon Targowiczanów, jak za tą kometą; Lud prosty choć w publiczne nie mięszał się rady, Zgadnął zaraz że ogon ów jest wróżbą zdrady. Słychać że lud dał imie miotły téj komecie, I powiada że ona milion wymiecie. A na to rzekł z ukłonem Wojski: Prawda, Jaśnie Wielmożny Podkomorzy: przypominam właśnie, Co mnie mówiono niegdyś małemu dziecięciu, Pamiętam, choć nie miałem wówczas lat dziesięciu, Kiedy widziałem w domu naszym nieboszczyka Sapiehę, pancernego znaku Porucznika, Co potém był nadwornym Marszałkiem królewskim, Nakoniec umarł wielkim Kanclerzem Litewskim, Miawszy lat sto i dziesięć. Ten za króla Jana Trzeciego, był pod Wiedniem w chorągwi Hetmana Jabłonowskiego, owoż ów Kanclerz powiadał, Że właśnie kiedy na koń król Jan trzeci siadał, Gdy Nuncyusz Papieski żegnał go na drogę A Poseł Austryacki całował mu nogę Podając strzemię (Poseł zwał się Wilczek Hrabia) Król krzyknął: Patrzcie co się na niebie wyrabia! Spójrzą, alić nad głowy suwał się kometa, Drogą, jaką ciągnęły wojska Mahometa, S wschodu na zachód; potém i ksiądz Bartochowski, Składając panegiryk na tryumf krakowski, Pod godłem Orientis Fulmen, prawił wiele O tym komecie; także czytam o nim w dziele Pod tytułem Janina, gdzie jest opisana Cała wyprawa króla nieboszczyka Jana, I wyryta chorągiew wielka Mahometa, I ów taki jak dziś go widzimy kometa. — Amen — rzekł na to Sędzia, ja wróżbę Waszeci Przyjmuję, oby z gwiazdą zjawił się Jan trzeci! Jest na zachodzie wielki dziś bohater; może Kometa go przywiedzie do nas; co daj Boże! Na to rzekł Wojski, głowę pochyliwszy smutnie: Kometa czasem wojny, czasem wróży kłótnie! Nie dobrze iż się zjawił tuż nad Soplicowem, Może nam grozi jakiém nieszczęściem domowém. Mieliśmy wczoraj dosyć rostérku i zwady, Tak w czasie polowania, jako i biesiady. Rejent kłócił się z rana s panem Assesorem, A Pan Tadeusz wyzwał Hrabiego wieczorem. Pono spór ten ze skóry niedźwiedziéj pochodził; I gdyby mnie Dobrodziéj Sędzia nie przeszkodził, Jabym u stołu obu przeciwników żgodził. Bo chciałem opowiedzieć wypadek ciekawy, Podobny do zdarzenia wczorajszéj wyprawy, Co trafił się najpierwszym strzelcom za mych czasów, Posłowi Rejtanowi i Księciu Denassów. Przypadek był takowy — Jenerał Podolskich Ziem, przejeżdzał z Wołynia do swoich dóbr Polskich, Czy też, gdy dobrze pomnę, na sejm do Warszawy, — Po drodze zwiedzał szlachtę, już to dla zabawy, Już dla popularności; wstapił więc do Pana Tadeusza, dziś świętéj pamięci, Rejtana, Który był potém naszym Nowogrodzkim posłem, I w którego ja domu od dzieciństwa wzrosłem. Owoż Rejtan, na przyjazd księcia Jenerała, Zaprosił gości — liczna szlachta się zebrała, Było teatrum; (Książe kochał się w teatrze) Fajerwerk dawał Kaszyc, który mięszka w Jatrze, Pan Tyzenhauz tancerzy przysłał, a kapele Ogiński i Pan Sołtan co mieszka w Zdzieńciele. Słowem dawano huczne nad spodziw zabawy W domu, a w lasach wielkie robiono obławy. Wiadomo zaś Waszmościom jest, że prawie wszyscy, Ile ich zapamiętać można, Czartoryscy, Choć idą z Jagiellonów krwi, lecz do myśliwstwa Nie są bardzo pochopni, pewno nie z lenistwa, Lecz z gustów cudzoziemskich; i książe Jenerał Częściéj do książek, niźli do psiarni zazierał, I do alkówek damskich, częściéj niż do lasów. W świcie Księcia, był książe Niemiecki Denassów,[5] O którym powiadano, że w Libijskiéj ziemi Goszcząc, polował niegdyś s królmi murzyńskiemi, I tam tygrysa śpisą w ręcznym boju zwalił, S czego się bardzo książe ów Denassów chwalił. U nas zaś polowano na dziki w tę porę; Rejtan zabił ze sztucca ogromną maciorę, Z wielkiém niebespieczeństwem, bo z bliska wypalił. Każdy z nas trafność strzału wydziwiał i chwalił, Tylko niemiec Denassów obojętnie słuchał Pochwał takich, i chodząc pod nos sobie dmuchał: Że trafny strzał dowodzi tylko śmiałe oko, Biała broń śmiałą rękę; i zaczął szeroko Znowu gadać, o swojéj Libii i śpisie, O swych królach murzyńskich i o swym tygrysie. Markotno to się stało panu Rejtanowi, Był człek żywy, uderzył po szabli i mówi: Mości książe! kto patrzy śmiele, walczy śmiele, Warte dziki tygrysów, a spis karabele — I zaczynali z niemcem dyskurs nazbyt żwawy. Szczęściem książe Jenerał przerwał te rosprawy, Godząc ich po francuzku: co tam gadał niewiem, Ale ta zgoda był to popioł nad żarzewiem; Bo Rejtan wziął do serca, okazyi czekał, I dobrą sztukę spłatać niemcowi przyrzekał; Téj sztuki ledwie własnym nieprzypłacił zdrowiem, A spłatał ją nazajutrz, jak to wnet opowiem. Tu Wojski umilknąwszy, prawą rękę wznosił, I u Podkomorzego tabakiery prosił; Długo zażywa, kończyć powieści nieraczy, Jak gdyby chciał zaostrzyć ciekawość słuchaczy. Zaczynał wreszcie, kiedy znowu mu przerwano Powieść taką ciekawą, tak pilnie słuchaną! Bo do Sędziego nagle któś przysłał człowieka, Donosząc że z niezwłocznym interesem czeka. Sędzia dając dobranoc, żegnał całe grono: Natychmiast się po różnych stronach rozpierzchniono, Ci spać do domu, tamci w stodole na sianie, Sędzia, szedł podróżnemu dawać posłuchanie. Inni już śpią — Tadeusz po sieniach się zwija, Chodząc jako wartownik, około drzwi stryja, Bo musi w ważnych rzeczach rady jego szukać Dziś jeszcze nim spać pójdzie; nie śmie do drzwi stukać, Sędzia drzwi na klucz zamknął, s kimś tajnie rozmawia; Tadeusz końca czeka, a ucha nadstawia. Słyszy wewnątrz szlochanie; nie trącając klamek Ostrożnie dziurką klucza zagląda przez zamek. Widzi rzecz dziwną! Sędzia i Robak na ziemi Klęczeli objąwszy się, i łzami rzewnemi Płakali, Robak ręce Sędziego całował, Sędzia Księdza za szyję płacząc obejmował, Wreszcie po ćwierćgodzinném przerwaniu rozmowy, Robak po cichu temi odezwał się słowy: « Bracie! Bóg wié żem dotąd tajemnic dochował, Którem z żalu za grzechy w spowiedzi ślubował; Że Bogu i Ojczyźnie poświęcony cały, Nie służąc pysze, ziemskiéj nie szukając chwały, Żyłem dotąd, i chciałem umrzeć Bernardynem, Nie wydając nazwiska nie tylko przed gminem, Ale nawet przed tobą, i przed własnym synem! Wszakże Ksiądz Prowinciał dał mi pozwolenie In articulo mortis, zrobić objawienie. Kto wié czy wrócę żywy! kto wié co się stanie W Dobrzynie! Bracie! wielkie, wielkie zamieszanie! Francuz jeszcze daleko, nim przeminie zima Trzeba czekać, a szlachta pono nie dotrzyma. Możem za nadto czynnie s powstaniem się krzątał! Pono źle zrozumieli! Klucznik wszystko splątał! Ten waryat Hrabia! słyszę, pobiegł do Dobrzyna, Niemogłem go uprzedzić, ważna w tém przyczyna: Stary Maciek mnie poznał, a jeśli odkryje Potrzeba będzie oddać pod Scyzoryk szyję. Nic Klucznika nie wstrzyma! mniejsza o mą głowę, Lecz tém odkryciem spisku zerwałbym osnowę. Przecież! dziś tam być muszę! widzieć co się dzieje, Choćbym zginął; bezemnie szlachta oszaleje! Bądź zdrów najmilszy bracie! bądź zdrów, śpieszyć muszę. Jeśli zginę, ty jeden westchniesz za mą duszę; W przypadku wojny, tobie cała tajemnica Wiadoma, kończ com zaczął, pomnij żeś Soplica. Tu Ksiądz łzy otarł, habit zapiął, kaptur włożył, I okienicę tylną pocichu otworzył, Widać było że oknem do ogrodu skakał: — Sędzia zostawszy jeden, siadł w krześle i płakał. Chwilę czekał Tadeusz, nim w klamkę zadzwonił; Otworzono mu, cicho wszedł, nisko się skłonił, — Stryjaszku Dobrodzieju, rzekł, ledwie dni kilka Przebawiłem tu, dni te minęły jak chwilka; Nie miałem czasu s twoim domem się nacieszyć I s tobą, a odjeżdzać muszę, muszę śpieszyć Zaraz, dzisiaj Stryjaszku, a jutro najdaléj: Wszak pamiętacie, żeśmy Hrabiego wyzwali. Bić się z nim to rzecz moja, posłałem wyzwanie, W Litwie jest zakazane pojedynkowanie, Jadę więc na granicę Warszawskiego Księstwa; Hrabia prawda fanfaron, lecz mu nie brak męstwa, Na miejsce naznaczone zapewne się stawi, Rosprawiam się; a jeśli Bóg pobłogosławi, Ukarzę go, a potém za Łososny brzegi Przepłynę, gdzie mnie bratnie czekają szeregi. Słyszałem że mi ojciec testamentem kazał, Służyć w wojsku, a niewiem kto testament zmazał. — Mój Tadeuszku, rzekł stryj, czy Waszeć kąpany W gorącéj wodzie, czy też kręcisz jak lis szczwany, Co indziéj kitą wije, a sam indziéj bieży? Wyzwaliśmy, zapewne, i bić się należy. Ale jechać dziś, skądżeś Waszeć tak się zaciął? Przed pojedynkiem zwyczaj jest posłać przyjacioł, Układać się, wszak Hrabia może nas przeprosić, Deprekować; czekaj Waść, czasu jeszcze dosyć. Chyba inny gies jaki Waści stąd wygania, To gadaj szczerze, poco takie omawiania. Jestem twój stryj, choć stary, znam co serce młode, Byłem ci ojcem (mówiąc gładził go pod brodę) Już w ucho szepnął o tém mnie mój palec mały, Że Waszeć masz tu jakieś z damami kabały. Za katy prędko teraz młodź do dam się bierze. No Tadeuszku, przyznaj mi się Waść a szczerze. Jużci, bąknął Tadeusz, prawda, są przyczyny Inne, kochany Stryju! może z mojéj winy! Omyłka! cóż? nieszczęście! już trudno naprawić! Nie, drogi stryju, dłużéj niemogę tu bawić. Błąd młodości! Stryjaszku, nie pytaj o więcéj, Ja muszę s Soplicowa wyjeżdzać co prędzéj. Ho! rzekł Stryj, pewnie jakieś miłośne zatargi! Uważałem że Waszeć wczoraj gryzłeś wargi, Poglądając spode łba na pewną dziewczynkę, Widziałem, że i ona miała kwaśną minkę. Znam ja te wszystkie głupstwa, kiedy dzieci para Kocha się, to tam u nich nieszczęść co niemiara! To cieszą się, to znowu trapią się i smucą; To znowu Bóg wié o co do zębów się skłócą; To stojąc w kątkach jakby mruki, niegadają Do siebie, czasem nawet w pole uciekają. Jeżeli na was raptus podobny napada, Bądźcie tylko cierpliwi, iuż jest na to rada; Biorę na siebie wkrótce przywieść was do zgody. Znam ja te wszystkie głupstwa, wszakże byłem młody. Powiedz mi Wasze wszystko; ja może nawzajem Coś odkryję, i tak się oba poprzyznajem. — Stryjaszku, rzekł Tadeusz (całując mu rękę I rumieniąc się) powiem prawdę; tę panienkę, Zosię, wychowanicę stryja, podobałem Bardzo, choć tylko parę razy ją widziałem; A mówią że stryi dla mnie za żonę przeznacza Podkomorzankę, piękną, i córkę bogacza. Teraz niemogłbym s Panną Różą się ożenić, Kiedy kocham tę Zosię; trudno serce zmienić! Nieuczciwie, żeniąc się z jedną kochać drugą, Czas może mnie uleczy; wyjadę — na długo. — Tadeuszku! stryj przerwał; to mi dziwny sposób Kochania się — uciekać od kochanych osób, Dobrze żeś szczery; widzisz, głupstwo byś wypłatał Odjeżdzając: a co Waść powiesz, gdybym swatał Sam Waci Zosię? He? cóż nie skoczysz z radości? — Tadeusz rzekł po chwili: dobroć Jegomości Dziwi mnie! lecz cóż? łaska stryja Dobrodzieja Nie przyda się już na nic! Ach! próżna nadzieja! Bo Pani Telimena! nieodda mi Zosi! — Będziem prosić, rzekł Sędzia — Nikt jéj nie uprosi, Przerwał prędko Tadeusz — nie, czekać niemogę, Stryjaszku, muszę prędko, jutro jechać w drogę, Daj mi Stryjaszku tylko twe błogosławieństwo, Wszystko przygotowałem, jadę zaraz w Księstwo. Sędzia wąs kręcąc, z gniewem na chłopca spozierał; — To Waść tak szczery? takeś mi serce otwierał? Naprzód ów pojedynek! potém znowu miłość I ten wyjazd, oj jest tu w tém jakaś zawiłość. Już mnie gadano, jużem kroki Waści badał! Asan bałamut i trzpiot, Asan kłamstwa gadał. A gdzież to Asan chodził onegdaj wieczorem, Czego Asan jak wyżeł tropił pode dworem? O Tadeuszku! jeśli może Asan Zosię Zbałamucił i teraz uciekasz? młokosie, To się Waci nie uda; lubisz czy nie lubisz, Zapowiadam Asanu że Zosię poślubisz. A nie, to bizun — jutro staniesz na kobiercu. I gada mnie o czuciach! o niezmienném sercu! Łgarz jesteś! pfe! ja z Waści Panie Tadeuszu, Zrobię śledztwo, ja Waści jeszcze natrę uszu! Dziś dość miałem kłopotów! aż mi głowa boli! Ten mi jeszcze spokojnie zasnąć nie dozwoli! Idź mi Waść spać. — To mówiąc drzwi na wściąż otwierał I zawołał Woźnego żeby go rozbierał. Tadeusz cicho wyszedł opuściwszy głowę, Rozbierał w myśli przykrą ze stryjem rozmowę, Piérwszy raz połajany tak ostro! ocenił Słuszność wyrzutów, sam się przed sobą rumienił. Co począć? jeśli Zosia o wszystkiém się dowie? Prosić o rękę? a cóż Telimena powie? Nie — czuł, że nie mógł dłużéj zostać w Soplicowie. Tak zadumany ledwie zrobił kroków parę, Gdy mu cóś drogę zaszło; spojrzał, widzi marę Całą w bieliźnie, długą, wysmukłą, i cienką, Suwała się ku niemu z wyciągniętą ręką, Od któréj odbijał się drżący blask miesięczny, I przystąpiwszy, cicho jęknęła: Niewdzięczny! Szukałeś wzroku mego, teraz go unikasz, Szukałeś rozmów zemną dziś uszy zamykasz, Jakby w słowach, we wzroku mym, była trucizna! Dobrze mi tak, wiedziałam kto jesteś! — męszczyzna! Nie znając kokieteryi niechciałam cię dręczyć, Uszczęśliwiłam; takżeś umiał mnie zawdzięczyć! Tryumf nad miękkiém sercem, serce twe zatwardził, Żeś je zdobył zbyt łacno, zbyt prędkoś niém wzgardził! Dobrze mi tak! lecz straszną nauczona probą, Wierz mi, iż więcéj niż ty gardzę sama sobą! — Telimeno, Tadeusz rzekł, dalbóg nietwarde Mam serce, ani ciebie unikam przez wzgardę, Ale uważno sama, wszak nas widzą, śledzą, Czyż można tak otwarcie? cóż ludzie powiedzą. Wszak to nieprzyzwoicie, to dalbóg jest grzechem. — Grzechem! odpowiedziała mu z gorzkim uśmiechem, Niewiniątko! baranek! Ja będąc kobiétą, Jeśli z miłości niedbam choćby mnie okryto, Choćby mnie osławiono; a ty! ty męszczyzna? Cóż szkodzi z was któremu, chociaż się i przyzna Że ma romans, z dziesięciu razem kochankami? Mów prawdę, chcesz mnie rzucić — Zalała się łzami. — Telimeno, cóżby świat mówił o człowieku, Rzekł Tadeusz, któryby teraz, w moim wieku, Zdrów, żył na wsi, kochał się — kiedy tyle młodzi, Tylu żonatych od żon od dzieci uchodzi Za granicę, pod znaki narodowe bieży? Choćbym chciał zostać, czy to odemnie zależy? Ojciec mnie testamentem kazał, abym służył W wojsku Polskiém, teraz stryj ten rozkaz powtórzył: Jutro jadę, zrobiłem już postanowienie, I dalbóg Telimeno już go nie odmienię. — Ja, rzekła Telimena, niechcę ci zagradzać Drogi do sławy, szczęściu twojemu przeszkadzać! Jesteś męszczyzną, znajdziesz kochankę godniejszą Serca twojego, znajdziesz bogatszą, piękniejszą! Tylko dla méj pociechy, niech wiem przed rozstaniem, Że twoja skłonność była prawdziwém kochaniem, Że to niebył żart tylko, nie rospusta płocha, Lecz miłość; niech wiem, że mnie mój Tadeusz kocha! Niech słowo « kocham » jeszcze raz z ust twych usłyszę, Niech je w sercu wyryję i w myśli zapiszę; Przebaczę łacniéj, chociaż przestaniesz mnie kochać, Pomnąc jakeś mnie kochał! — I zaczęła szlochać. — Tadeusz widząc że tak płacze i tak błaga Czule, i tylko takiéj drobnostki wymaga, Wzruszył się, przejęły go szczery żal i litość, I jeżeliby badał serca swego skrytość, Możeby się w téj chwili i sam niedowiedział Czyli ją kochał, czy nie — Więc żywo powiedział: Telimeno, bogdaj mnie jasny piorun ubił, Jeśli nieprawda żem cię dalbóg bardzo lubił, Czy kochał; krótkie s sobą spędziliśmy chwile, Ale one mnie przeszły tak słodko, tak mile, Że będą długo, zawsze myśli méj przytomne, I dalibógże nigdy ciebie nie zapomnę. Telimena skoczywszy padła mu na szyję; — Tegom się spodziewała, kochasz mnie, więc żyję! Bo dzisiaj miałam dni me własną ręką skrócić; Gdy mnie kochasz mój drogi, czyż możesz mnie rzucić? Tobie oddałam serce. oddam ci majątek, Pójdę za tobą wszędzie; każdy świata kątek Będzie mnie s tobą miły! z najdzikszéj pustyni Miłość, wierzaj mi, ogród roskoszy uczyni. — Tadeusz wydarłszy się z objęcia przemocą, Jakto? rzekł, czyś z rozumu obrana? gdzie? poco? Jechać za mną? Ja będąc sam prostym żołnierzem, Włóczyć, czy markietankę? — To my się pobierzem, Rzekła mu Telimena — Nie, nigdy, zawoła Tadeusz, ja żenić się niemam teraz zgoła Zamiaru, ni kochać się — fraszki! dajmy pokoj! Proszę cię moja droga, rozmyśl się! uspokoj! Ja jestem tobie wdzięczen, ale nie podobna Żenić się, kochajmy się, ale tak — z osobna. Zostać dłużéj nie mogę, nie, nie, jechać muszę, Bądź zdrowa Telimeno moja, jutro ruszę. Rzekł, nasuwał kapelusz, odwracał się bokiem Chcąc iść; lecz go wstrzymała Telimena okiem I twarzą, jak Meduzy głową; musiał zostać Mimowolnie; poglądał s trwogą na jéj postać, Stała blada, bez ruchu, bez tchu i bez życia! Aż wyciągając rękę jak miecz do przebicia, S palcem zmierzonym prosto w Tadeusza oczy, — Tego chciałam, krzyknęła, ha języku smoczy! Serce jaszczurcze! to nic, żem tobą zajęta Wzgardziła Assesora, Hrabię i Rejenta, Żeś mnie uwiódł i teraz porzucił sierotę, To nic! jesteś męszczyzną, znam waszą niecnotę, Wiém że jak inni tak ty mógłbyś wiarę złamać, Lecz nie wiedziałam, że tak podle umiesz kłamać! Słuchałam pode drzwiami stryja! więc to dziecko? Zosia? wpadła ci w oko? i na nią zdradziecko Dybiesz! Zaledwieś jedną nieszczęsną oszukał, A jużeś pod jéj okiem nowych ofiar szukał! Uciekaj, lecz cię moje dosięgną przeklęctwa — Lub zostań, wydam światu twoje bezeceństwa, Twe sztuki! już nie zwiodą innych jak mnie zwiodły! Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca, człowiek podły! — Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica, I któréj żaden nigdy nie słyszał Soplica, Zadrżał Tadeusz, twarz mu pobladła jak trupia, Tupnąwszy nogą, usta przyciąwszy, rzekł: — głupia! Odszedł; lecz wyraz « podłość » echem się powtórzył W sercu, wzdrygnął się młodzian, czuł że nań zasłużył, Czuł że wyrządził wielką krzywdę Telimenie, Że go słusznie skarżyła, mówiło sumnienie, Lecz czuł że po tych skargach tém mocniéj ją zbrzydził; O Zosi, ach! pomyślić nie ważył się, wstydził. Przecież ta Zosia, taka piękna, taka miła! Stryj swatał ją! możeby jego żoną była! Gdyby nie szatan co go plącząc w grzech za grzechem, W kłamstwo za kłamstwem, wreszcie odstąpił z uśmiechem. Złajany, pogardzony od wszystkich! w dni parę Zmarnował przyszłość! uczuł słuszną zbrodni karę. W téj burzy uczuć jakby kotwica spoczynku Zabłysnęła mu nagle myśl o pojedynku; Zamordować Hrabiego! łotra! krzyknął w gniewie, Zginąć, albo zemścić się! a za co? sam nie wie! I ten gniew wielki, jak się zajął, w mgnieniu oka, Tak wywietrzał; znow zdjęła go żałość głęboka. Myślił: jeśli prawdziwe było postrzeżenie, Ze Hrabia z Zosią jakieś miał porozumienie, I cóż stąd? może Hrabia kocha Zosię szczerze, Może go ona kocha? za męża wybierze! Jakiémże prawem chciałbym zerwać to zamęście, I sam nieszczęśnik, wszystkich mam zaburzać szczęście? Wpadł w rospacz i niewidział innego sposobu Chyba ucieczkę prędką; gdzie? chyba do grobu! Więc kułak przycisnąwszy na schyloném czole, Biegł ku łąkom gdzie stawy błyszczały się w dole, I stanął nad błotnistym; w zielonawe tonie Łakomy wzrok utopił, i błotniste wonie Z roskoszą ciągnął piersią, i otworzył usta Ku nim; bo samobójstwo jak każda rospusta Jest wymyślna; on w głowy szalonym zawrocie, Czuł niewymowny pociąg utopić się w błocie. Lecz Telimena z dzikiéj młodzieńca postawy Zgadując rospacz, widząc że pobiegł nad stawy, Chociaż ku niemu takim słusznym gniewem pała, Przelękła się; w istocie dobre serce miała. Żal jéj było że inną śmiał Tadeusz lubić, Chciała go skarać, ale nie myśliła zgubić; Więc puściła się za nim, wznosząc ręce obie, Krzycząc: stój! głupstwo! kochaj czy nie! żeń się sobie! Czy jedź! tylko stój! — Ale on już szybkim biegiem Wyprzedził ją daleko; już — stanął nad brzegiem! Dziwném zrządzeniem losów, po tym samym brzegu Jechał Hrabia, na czele dżokejów szeregu, A zachwycony wdziękiem nocy tak pogodnéj I harmonią cudną orkiestry podwodnéj, Owych chorów co brzmiały jak arfy Eolskie, (Żadne żaby nie grają tak pięknie jak Polskie) Wstrzymał konia i o swéj zapomniał wyprawie, Zwrócił ucho do stawu i słuchał ciekawie. Oczy wodził po polach, po niebios obszarze: Pewnie układał w myśli nocne peizaże. Zaiste, okolica była malownicza! Dwa stawy pochyliły ku sobie oblicza Jako para kochanków; prawy staw miał wody Gładkie i czyste jako dziewicze jagody. Lewy ciemniejszy nieco, jako twarz młodziana Smagława, i już męskim puchem osypana. Prawy złocistym piaskiem połyskał się w koło Jak gdyby włosem jasnym; a lewego czoło Najeżona łozami, wierzbami czubate; Oba stawy ubrane w zieloności szatę. Z nich dwa strugi jak ręce związane pospołu Sciskają się; strug daléj upada do dołu; Upada lecz nie ginie, bo w rowu ciemnotę Unosi na swych falach księżyca pozłotę; Woda warstwami spada, a na każdéj warście Połyskają się blasku miesięcznego garście, Swiatło w rowie na drobne drzazgi się rostrąca, Chwyta je i w głąb niesie toń uciekająca, A z góry znów garściami spada blask miesiąca. Myślałbyś że u stawu siedzi Switezianka, Jedną ręką zdrój leje z bezdennego dzbanka, A drugą ręką w wodę dla zabawki miota Brane s fartuszka garście zaklętego złota. Daléj, z rowu wybiegłszy strumień, na równinie Roskręca się, ucisza, lecz widać że płynie, Bo na jego ruchoméj drgającéj powłoce Wzdłuż miesięczne światełko drgające migoce. Jako piękny wąż żmudzki zwany giwojtosem Chociaż zdaje się drzemać, leżąc między wrzosem, Pełźnie, bo na przemiany srebrzy się i złoci, Aż nagle zniknie z oczu we mchu lub paproci: Tak strumień kręcący się chował się w olszynach, Które na widnokręgu czerniały kończynach, Wznosząc swe kształty lekkie niewyraźne oku, Jak duchy nawpół widne, napoły w obłoku. Między stawami w rowie młyn ukryty siedzi: Jako stary opiekun co kochanków śledzi, Podsłuchał ich rozmowę, gniewa się, szamoce, Trzęsie głową, rękami, i groźby bełkoce; Tak ów młyn nagle zatrząsł mchem obrosłe czoło, I palczastą swą pięścią wykręcając w koło Ledwo kleknął i szczęki zębowate ruszył, Zaraz miłośną stawów rozmowę zagłuszył, I zbudził Hrabiego. Hrabia widząc że tak blisko Tadeusz naszedł jego zbrojne stanowisko, Krzyczy: do broni! łapaj! skoczyli dżokeje; Nim Tadeusz rozeznać mógł co się z nim dzieje, Już go chwycili; biegą do dworu, w podwórze Wpadają; dwór budzi się, psy w hałas, w krzyk stróże, Wyskoczył wpół ubrany Sędzia; widzi zgraję Zbrojną, myśli ze zbójcy, aż Hrabię poznaje. — Co to jest? pyta. Hrabia szpadą nad nim mignął, Lecz widząc bezbronnego w zapale ostygnął, — Soplico, rzekł, odwieczny wrogu méj rodziny, Dziś skarzę cię za dawne i za świeże winy, Dziś zdasz mi sprawę z mojéj fortuny zaboru, Nim pomszczę się obelgi mojego honoru! Lecz Sędzia żegnając się krzyknął: w Imie Ojca I Syna! tfu! Mospanie Hrabia czy Waść zbojca? Przebóg! czy to się zgadza s Pana urodzeniem, Wychowaniem i s Pana na świecie znaczeniem? Nie pozwolę skrzywdzić się! W tém Sędziego słudzy Biegli, jedni s kijami, ze strzelbami drudzy, Wojski stojąc zdaleka, poglądał ciekawie W oczy Panu Hrabiemu, a nóż miał w rękawie. Już mieli zacząć bitwę, lecz Sędzia przeszkodził; Próżno było bronić się, nowy wróg nadchodził; Postrzeżono w olszynie blask, wystrzał rusznicy! Most na rzece zahuczał tententem konnicy, I « hajże na Soplicę! » tysiąc głosów wrzasło: Wzdrygnął się Sędzia, poznał Gerwazego hasło; Nic to, zawołał Hrabia, będzie tu nas więcéj, Poddaj się Sędzio, to są moi sprzymierzeńcy. W tém Assesor nadbiegał krzycząc: areszt kładę W Imie Imperatorskiéj Mości; oddaj szpadę Panie Hrabio, bo wezwę wojskowéj pomocy, A wiesz Pan że kto zbrojnie śmie napadać w nocy, Zastrzeżono tysiącznem dwóchsetnym ukazem Że jak zło... W tém go Hrabia w twarz uderzył płazem. Padł zgłuszony Assesor i skrył się w pokrzywy, Wszyscy myśleli że był ranny lub nieżywy. — Widzę, rzekł Sędzia, że się na rozbój zanosi; Jęknęli wszyscy; wszystkich zagłuszył wrzask Zosi, Która krzyczała Sędziego objąwszy rękami, Jako dziecko od żydów kłóte igiełkami. Tymczasem Telimena wpadła między konie, Wyciągnęła ku Hrabi załamane dłonie, « Na twój honor, krzyknęła przeraźliwym głosem, Z głową w tył wychylona, z rospuszczonym włosem, Przez wszystko co jest świętém, na klęczkach błagamy! Hrabio, śmieszże odmówić? proszą ciebie damy, Okrutniku, nas pierwéj musisz zamordować! — Padła zemdlona, — Hrabia skoczył ją ratować, Zadziwiony i nieco zmieszany tą sceną, — Panno Zofio, rzecze, Pani Telimeno! Nigdy się krwią bezbronnych ta szpada nie splami; Soplicowie! jesteście mojemi więźniami. Tak zrobiłem we Włoszech, kiedy pod opoką Którą Sycylianie zwą Birbante-rokką, Zdobyłem tabor zbójców; zbrojnych mordowałem, Rozbrojonych zabrałem i związać kazałem: Szli za końmi i tryumf mój zdobili świetny, Potém ich powieszono u podnoża Etny. — Było to osobliwsze szczęście dla Sopliców Że Hrabia, mając lepsze konie od szlachciców, I chcąc spotkać się pierwszy zostawił ich w tyle, I biegł przed resztą jazdy, przynajmniéj o milę, Ze swém dżokejstwem, które posłuszne i karne Stanowiło niejako wojsko regularne; Gdy inna szlachta była zwyczajem powstania Burzliwa i nieźmiernie skora do wieszania. Hrabia miał czas ostygnąć z zapału i gniewu, Przemyślał jakby skończyć bój bez krwi rozlewu; Więc rodzinę Sopliców w domu zamknąć każe, Jako więźniów wojennych; u drzwi stawi straże. W tém « hajże na Sopliców » wpada szlachta hurmem, Obstępuje dwór w koło, i bierze go szturmem, Tem łacniéj, że wódz wzięty i pierzchła załoga; Lecz zdobywcy chcą bić się, wyszukują wroga. Do domu niewpuszczeni, biegą do folwarku, Do kuchni — gdy do kuchni weszli, widok garków, Ogień ledwo zagasły, potraw zapach świeży, Chrupanie psów gryzących ostatki wieczerzy, Chwyta wszystkich za serca, myśl wszystkich odmienia, Studzi gniewy, zapala potrzebę jedzenia. Marszem i całodziennym znużeni sejmikiem, « Jeść! jeść! » — po trzykroć zgodnym wezwali okrzykiem, Odpowiedziano « pić, pić »; między szlachty zgrają Stają dwa chory, ci pić, a ci jeść wołają, Odgłos leci echami, gdzie tylko dochodzi, Wzbudza oskomę w ustach, głód w żołądkach rodzi. I tak na dane s kuchni hasło, niespodzianie Rozeszła się armiia na furażowanie. Gerwazy od pokojów Sędziego odparty, Ustąpić musiał przez wzgląd dla Hrabiowskiéj warty, Więc niemogąc zemścić się na nieprzyjacielu, Myślił o drugim wielkim téj wyprawy celu. Jako człek doświadczony i biegły w prawnictwie, Chce Hrabiego osadzić na nowém dziedzictwie Legalnie i formalnie; więc za Woźnym biega, Aż go po długich śledztwach za piecem dostrzega, Wnet porywa za kołnierz, na dziedziniec wlecze, I zmierzywszy mu w piersi scyzoryk, tak rzecze: Panie Woźny, Pan Hrabia śmie Wacpana prosić, Abyś raczył przed szlachtą bracią wnet ogłosić Intromissyą Hrabi do zamku, do dworu Sopliców, do wsi, gruntów zasianych, ugoru, Słowem cum gais, boris et graniciebus, Kmetonibus, scultetis, et omnibus rebus Et quibusdam aliis. Jak tam wiesz tak szczekaj, Nic nie opuszczaj. — Panie Kluczniku, zaczekaj, Rzekł śmiało, ręce za pas włożywszy Protazy, Gotów jestem wypełniać wszelkie stron roskazy, Ale ostrzegam że akt nie będzie miał mocy, Wymuszony przez gwałty, ogłoszony w nocy. — Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu niema napaści, Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści, To scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci Zaraz w ślepiach, jak w siedmiu kościołach zaświeci. — Gerwazeńku, rzekł Woźny, po co się tak dąsać? Jestem Woźny, nie moja rzecz sprawę rostrząsać, Wszak wiadomo że strona Woźnego zaprasza I dyktuje mu co chce, a Woźny ogłasza. Woźny jest posłem prawa, a posłów niekarzą, Niewiem tedy za co mnie trzymacie pod strażą; Wnet akt spiszę, niech mi kto latarkę przyniesie, A tym czasem ogłaszam: Bracia uciszcie się! I by donośniéj mówić, wstąpił na stos wielki Belek (pod płotem sadu suszyły się belki) Wlazł na nie, i zarazem jakby go wiatr zdmuchnął, Zniknął z oczu; słyszano jak w kapustę buchnął; Widziano, po konopiach ciemnych jego biała Konfederatka, niby gołąb przeleciała. Konewka strzelił w czapkę, ale chybił celu, W tém zatrzeszczały tyki, już Protazy w chmielu, « Protestuję » zawołał; pewny był ucieczki, Bo za sobą miał łozę i bagniska rzeczki. Po téj protestacyi, która się ozwała Jak na zdobytych wałach ostatni strzał działa, Ustał już wszelki opor w Soplicowskim dworze; Szlachta głodna plądruje, zabiera co może. Kropiciel stanowisko zająwszy w oborze, Jednego wołu i dwa cielce w łby zakropił, A Brzytewka im szable w gardzielach utopił. Szydełko równie czynnie używał swéj szpadki, Kabany i prosięta koląc pod łopatki. Już rzeź zagraża ptastwu, — czujne gęsi stado Co niegdyś ocaliło Rzym przed Gallów zdradą, Darmo gęga o pomoc; zamiast Manliusza, Wpada w kotuch Konewka, jedne ptaki zdusza, A drugie żywcem wiąże do pasa kontusza. Próżno gęsi szyjami wywijając chrypią, Próżno gęsiory sycząc napastnika szczypią. On bieży; osypany iskrzącym się puchem, Unoszony jak kółmi gęstych skrzydeł ruchem, Zdaje się być Chochlikiem, skrzydlatym złym duchem. Ale rzeź najstraszniejsza, chociaż najmniéj krzyku, Między kurami. Młody Sak wpadł do kurniku, I z drabinek, stryczkami łowiąc, ciągnie z góry Kogutki i szurpate i czubate kury, Jedne po drugich dusi i składa do kupy, Ptastwo piękne, karmione perłowemi krupy. Niebaczny Saku, jakiż zapał cię unosi! Nigdy już odtąd gniewnéj nie przebłagasz Zosi. Gerwazy przypomina starodawne czasy, Każe sobie podawać od kontuszów pasy, I niemi s Soplicowskiéj piwnicy dobywa Beczki staréj siwuchy, dębniaku i piwa. Jedne wnet odgwożdzono, a drugie ochoczo Szlachta gęsta jak mrówie, porywają, toczą Do zamku; tam na nocleg cały tłum się zbiera Tam założona główna Hrabiego kwatera. Nakładają sto ognisk, warzą, skwarzą, pieką, Gną się stoły pod mięsem, trunek płynie rzeką; Chce szlachta noc tę przepić, przejeść i prześpiewać. — Lecz powoli zaczęli drzémać i poziewać, Oko gaśnie za okiem, i cała gromada Kiwa głowami, każdy gdzie siedział tam pada, Ten z misą, ten nad kuflem, ten przy wołu ćwierci. Tak Zwyciężców, zwyciężył w końcu sen, brat śmierci. I. Wszystkie wchodzą na scenę i śpiewają kolędę pt.:„Pójdźmy wszyscy do stajenki” przy akompaniamencie wszyscy do stajenkiDo Jezusa i PanienkiPowitajmy MaleńkiegoI Maryję, matkę JegoPowitajmy MaleńkiegoI Maryję, matkę JegoWierszyk - JanekJak co roku o tej porze, święta do nas się zbliżająZ tej okazji przedszkolaki przedstawienie dla Was mająWierszyk - MarekWitajcie kochani, pięknie się kłaniamyNa jasełka - HalinkaŚwieci gwiazdka jedna, druga, główką kręci, oczkiem - NatalkaChodźcie, chodźcieme gwiazdeczkiposzukamy Wszystkie dzieci śpiewają piosenkę pt.:„Świeci gwiazdka” przy akompaniamencie fortepianu. (muzyka i słowa Świeci gwiazdka, jedna, druga, główką kręci, oczkiem gwiazdki zaświeciły, wszystkie razem Chodź gwiazdeczko, chodź gwiazdeczko, zabawimy się w gwiazdeczko, chodź gwiazdeczko, zabawimy się w Świeci gwiazdka, jedna, druga, główką kręci, oczkiem gwiazdki zaświeciły, wszystkie razem - WojtekDawno temu przed wiekamiurodził się w stajni Jezus - KrzysiuGwiazda Mu świeciła, Anieli śpiewali,pasterze i królowie serdecznie Wszystkie dzieci śpiewają piosenkę pt.:„Wołek i osiołek” przy akompaniamencie fortepianu. (autor tekstu nieznany)1. Wołek, wołek, wołek i osiołek Dzieciątko w żłóbeczku, a w stajence mróz Kto stworzył świat cały? Tylko jeden Bóg! /x22. Trzech trzech trzech królów magówWołek, wołek, wołek i osiołek Dzieciątko w żłóbeczku, a w stajence mróz Kto stworzył świat cały? Tylko jeden Bóg! /x2Wierszyk wspólny - GwiazdkiMy Gwiazdki tutaj w niebie cichutko siedzimyi o pięknej choineczcetak sobie Wszyscy śpiewają piosenkę „Zielona choineczko” - akompaniament fortepianu. (autor piosenki - Fasolki)1. Zielona choineczko, pachnąca igiełkamiPosłuchaj proszę, nas, posłuchaj proszę nasKolędę ci zagramy. 2. O małym Jezusiku, co w żłobie sobie leżyZagramy dzisiaj ci, zagramy dzisiaj ciTak jak to się należy. Wierszyk wspólny - PastuszkowieRadosny nastał czas,choinkę ubieramy, Boże Narodzenie witamy!V. Taniec pt.:„Boże Narodzenie”- wszystkie dzieci tańczą i śpiewają przy akompaniamencie Narodzenie to najlepsze święta!-(Dzieci stoją z rękami na biodrach i kołyszą się przenosząc ciężąr z nogi na nogę)Wiedzą o tym wszyscy, każdy z nas pamięta!Bo dzieciątko z prezentami będzie wkrótce razem z nami-(Dzieci tworzą w parach kółeczka i obracają się)Hej kolęda!- (Dzieci zatrzymują się i klaszczą rytmicznie w rączki)kolęda!- (Dzieci unoszą wyprostowane w łokciach ręce)VI. Wszystkie dzieci mówią, unosząc ręce w górę: Życzymy wszystkim Wesołych Świąt! Scenariusz zajęć otwartych “Niebo pełne gwiazd”Grupa wiekowa: 3-latkiCele ogólne:- budzenie zainteresowania omawianym tematem– zachęcanie do wypowiadania się na określony temat– zachęcanie do czynnego uczestnictwa w zabawieCele operacyjne (dziecko):- wysłuchuje utwór literacki - ilustruje ruchem treść wiersza i piosenki– doskonali liczenie w dostępnym zakresie– kontynuuje rozpoczęty rytm dwuelementowy, szereguje wg wielkości– uczestniczy w grach i zabawach ruchowych- różnicuje wysokie i niskie dźwięki- tworzą kompozycję z gwiazdek wg własnego pomysłu– współdziała w grupie- zareagować ruchem na określone sygnały muzyczne według poleceń N.;- określić, czy zajęcia się podobały czy pracy: zespołowa, pracy: rozmowa kierowana, pokaz, metoda działań dydaktyczne: sylwety gwiazd różnej wielkości, płyta CD, gwiazdki do pracy indywidualnej oraz podkładki imitujące niebo, papierowe gwiazdki do przyklejenia, granatowe kartki, instrument dzwonki, sylweta wesołej i smutne Wysłuchanie, rozmowa, a następnie ilustracja ruchowa wiersza E. Szelburg-Zarembiny “Idzie niebo”:Idzie niebo ciemną nocą,ma w fartuszku pełno błyszczą i migocą,aż wyjrzały ptaszki z wyjrzały, zobaczyły,to nie chciały dłużej grymasiły,żeby im po jednej nie są do zabawy,bo by nocka była usłyszy kot kulawy,śpijcie ptaszki, aaa...Próba odpowiedzi na pytanie: o czym opowiada wiersz? Kto chciał dostać po gwiazdce? Dlaczego ptaszki nie mogły otrzymać gwiazdek?2. Zabawa matematyczna “Gwiazdki” - dzieci zbierają rozsypane na dywanie gwiazdki;- układają łańcuch gwiazdek – rytm: mała – duża – mała – duża;- szeregują: mała – większa – Zabawa muzyczno-ruchowa do piosenki “Gwiazdka” (sł. I muz. K. Przybylska):I Świeci gwiazdka jedna, kręci, oczkiem gwiazdki razem Chodź gwiazdeczko, chodź gwiazdeczkozabawimy się w gwiazdeczko, chodź gwiazdeczkozabawimy się w Krążą w kółko gwiazdki nóżką tupną główką mrugają, wciąż Zabawa rozwijająca umiejętność różnicowania dźwięków wysokich i niskich “Sięgamy do gwiazd” - dzieci spacerują po dywanie. Gdy usłyszą melodię w wiolinie – wspinają się na palce i wyciągają ręce do góry, sięgają gwiazdek na niebie. Melodia w basie jest sygnałem do siadania w siadzie skrzyżnym i kołysania się na Praca indywidualna w formie zabawy matematycznej “Liczymy gwiazdy” - dzieci przeliczają gwiazdy wg krótkiego opowiadania N. - na indywidualnych podkładkach imitujących niebo układają ilość gwiazd, o której mówi N. próba pokazania na paluszkach ostatecznego “wyniku”.6. Zabawa orientacyjno-porządkowa “Niebo Pełne gwiazd” - podczas akompaniamentu dzwonków dzieci poruszają się na palcach, podczas przerwy w melodii, dzieci stoją w miejscu i “mrugają” jedynie Zabawa rozwijająca inwencję twórczą – dzieci wraz z rodzicami przyklejają gwiazdki różnych rozmiarów na granatowych kartkach – tworzą własne Ewaluacja – dzieci, którym podobały się zajęcia podchodzą do uśmiechniętej gwiazdy umieszczonej na tablicy, dzieci niezadowolone do smutnej gwiazdy. Dziś w Polsce wszystkie dzieci O szyby płaszczą nosek, Czy pierwsza gwiazdka świeci Nad dachy miast i wiosek? Bo pierwsza gwiazdka złota Jest niby kluczyk Boży. A nuż dziś niebios wrota Na cały raj otworzy! A wtedy z polskiej ziemi Drożyna w raj pobieży, Drzewkami płonącemi Sadzona, jak należy. I w drogę siaki taki: Chłopczyki i dziewczynki! Zabłysną pstre wełniaki, Sukmanki i chuścinki. Jak żywych kwiatów grzęda Pobiegną między drzewka. Już w niebie grzmi kolęda, — Przoduje polska śpiewka! A na przyjęcie gości W niebiańskiej szopie świeci Gwiaździsty dar Miłości Na gwiazdkę polskich Bajka dziś od rana Ma straszne kłopoty! Taka spracowana, Tyle ma roboty! Włożyła fartuszek, Jak mały kopciuszek, I mak od pszenicy Przebiera w donicy. Rządzi jak u siebie, Chwilki nie próżnuje: Pierwszą gwiazdę w niebie Mieszkiem rozdmuchuje. To o snopek prosi, To jej siana trzeba... Boże drzewko znosi Prościuteńko z nieba. Zwija się nieboże, Jak ta mucha w miodzie... Jeszcze ma w oborze Kazać mówić trzodzie! Może też jej trudem Gałąź, z wiśni ścięta, W dzbanku nam, jak cudem, Rozkwitła na OGRODZIE Śnieg dziś spadł. O, jak biało! W śnieżki graćby się chciało... Nim przyjdzie wilji pora, Fora, dzieci, ze dwora! Dalej! lećmy co duchu! Miękko wszędzie, jak w puchu. Ogród biały i grząski, Srebrne wszystkie gałązki. Żywo, marsz! do szeregu! A kto tam pierwszy z brzegu? Kto przeciwko? kto z nami? Zbombardujem śnieżkami! Walczy żołnierz co siły, Aż się wróble spłoszyły! Lecą kule śniegowe, Puch się sypie na głowę. Krzyk, i gwałt, i gonitwa, — Strasznie ostra dziś bitwa: Już co słabsze z dziewczynek Wolą iść na spoczynek. Patrzcie! jedna z kieszonki Wykrusza chleba złomki: Wy sobie róbcie armję, A ja wróble Ktoś mi mówił, że w noc wigilji, Co jest jedna w roku tak święta, W narodzenia Bożego chwili Przemawiają wszystkie zwierzęta. Gdy zapalą gwiazdkę anioły Dzieciąteczku w lichej stajence, Wtedy konie, krowy i woły Uklękają kołem w podzięce. Owce modlą się i jagniątka, Psy i koty łebki podnoszą, — Wszystkie mówią coś do Dzieciątka, Czegoś skarżą się, o coś proszą. I dziś swoje troski i biedy Opowiedzą w człowieczem słowie. A Dzieciątko... oj od nich wtedy Ładnych rzeczy o nas się dowie! Jak usłyszy, żeśmy Krasuli Raz rzucili kamień z podwórka! Żeśmy Burkiem Maciusia szczuli! Żeśmy zbili patykiem Burka! Nikt z nas pewno się nie poszczyci, Jak nań pójdą z takiem orędziem! Na tu, Burku! Chodź, Kici-kici! Przepraszamy! Nigdy nie będziem!OPŁATEK Żeby wszystkim było Wesoło i miło, — Opłatek się dzisiaj biały Przy stole dzieliło. Z każdym się łamało Choć kruszynką małą, — I nagle się stało wszystkim Cichutko i biało. Stoją białe stoły Z lamp jasnemi koły, Śnieg za oknem jest jak obrus Biały i wesoły. Od dzieci do dzieci Rój opłatków leci, Cicho kruszą je anioły W śnieżystej zamieci. W białych piór rozpędzie Niosą po kolędzie: Kto na Bożym świecie żyje, Niech mu dobrze będzie! I w tym białym dworze, I w tym śnieżnym borze, W ludzkiej izbie, w ptasiem gnieździe I w tej mysiej norze!CHOINKOWE ŚWIECZKITysiąc złotych serduszek Na choince się świeci. Czy to płomyczki świeczek? Czy to serduszka dzieci? Trzepocą na gałązkach W takiej wielkiej uciesze, Aż się w złotych orzeszkach Raz wraz iskra zakrzesze. Próżno chce je uciszyć Śnieg z posrebrzanej waty, — Nie da mu się zagłuszyć Żywy płomyk skrzydlaty! Rwie się, pali, trzepoce, Jak żywa gwiazdka strzela! Tyle prawie co w dzieciach, Tyle w nim jest wesela. Na jednej nóżce świeczki Tańcuje po sosence... Zatańczcie i wy, dzieci, Ująwszy się za ręce. Dookoła choinki Zróbcie drugi wianuszek Z zapalonych radością, Żywych, złotych serduszek!NARZĘDZIA Gdybym ja tak klocki dostał, Tobym pierwszym majstrom sprostał: Dombym ślicznie wybudował Od podłogi aż do pował, Z bramą, drzwiami i oknami, — Zobaczylibyście sami. Potem spytałbym, Kto zamieszka w nim. A ja, gdybym miał deszczułki, Tobym zbił prawdziwe półki: Wziąłbym dłutka i laubzegi. Poobcinał ślicznie brzegi, Potem półki wyrzynane Poprzywieszałbym na ścianę I tam książki kładł, By mieć w rzeczach ład. A ja chciałbym dostać taczki, Rydel, grabie, polewaczki, — By w ogrodzie móc pracować, Siać i sadzić, i flancować, Po rządeczku, w porządeczku, Równo kwiatek przy kwiateczku, — A, gdy przyjdzie maj, Grzędy mieć — jak gaj! ROBÓTKI Dostałyśmy dziś w szkole śliczne pudełko Rozmaitych przyborów pełne. Mamy igły, nici, nożyczki, szydełko I różnokolorową bawełnę. Będziemy obrębiać białe chusteczki, Będziemy haftować ręczniki, Będziemy robić małe, równiutkie ścieżeczki I niebieskie i czerwone krzyżyki. A potem pani nas nauczy koronki: Nitkę z kłębka przewlekać w łańcuszek, Z oczek robić gwiazdki, różyczki, dzwonki, — Mnóstwo kółek, krążków, serduszek. Będziemy tkać, jak pajączki, cieniutkie siatki W tajemnicy cichutko w szkole, Toż się będą po domach dziwiły matki, Jak serwetki znajdą na stole! Lecz najwięcej się zdziwią wszyscy dokoła, Gdy z nas każda włóczkę dostanie, I będziemy, jak siostry, calutka szkoła — Każda w własnej roboty kaftanie. Będziem chodzić parami w pogodę złotą, Jak czerwonych maków zagonek. Byle tylko koniecznie zdążyć z robotą, Nim zadzwoni pierwszy skowronek!OKNO WIEJSKIEIzba taka ciepła, wesoła, Ode dworu szczelnie zamknięta... Wszyscy swoi siedli dokoła. Jak nam dobrze razem w te święta! Odchuchajmy zmarźnięte szybki I wyjrzyjmy, jak też na świecie? Nic nie widać. Śnieg tylko sypki Wiatr na szyby miecie i miecie, Trza zasłonić oczy od blasku, To się lepiej zobaczy w mroku. O, wieś biała, jak na obrazku, Każda chata ma światło w oku. Każda patrzy okienkiem złotem, Czy naprzeciw światło się świeci? Czy aniołek pomyślał o tem, By się wszędzie cieszyły dzieci? A gdzie ciemną dopatrzy chatę, Tam wskazuje wyraźnie, długo, Między sady śniegiem skrzydlate Ciepłą okna swojego smugą. Złotą dróżkę na śniegu znaczy Aż we wrota, do chaty samej... Niech kto pójdzie! niechaj zobaczy! Czy tam dzieci nie mają mamy?DROGAIdzie w mroku z domu do domu Ktoś nieznany we wsi nikomu. Idzie z kijem i z torbą biedną, W którą stronę wszystko mu jedno. Długa droga, zawiana śniegiem, Między obcych chałup szeregiem, Między drzewa śniegiem bielone, Zgięte wiatrem na jedną stronę. Psy z podwórek zjeżone biegą I szczekają, złe na obcego, Co wędruje właśnie w tej chwili, Kiedy ludzie siedzą przy wilji. Czy on nie ma nigdzie nikogo, Że sam idzie tą białą drogą? Że tak w śniegu zmęczony kroczy, Schyla głowę i wiatr ma w oczy? U nas jasno ogień się pali, — Niech on dziś już nie pójdzie dalej! Niech zasiądzie w tem naszem kole, Gdzie jest puste miejsce przy stole! Niech wypocznie, niech się pokrzepi! Może z nami będzie mu lepiej. Gdy go wszyscy odepchną wszędzie, To któż bliźnim dla niego będzie?CAPOlaboga, chodźcie, dzieci! Gwałtu, co się dzieje! Od latarek śnieg się świeci Biała noc się śmieje... Cap idzie, cap — cap — cap! Człapie w śniegu, człap — człap — człap! Capa jeszcze obnosili, Jak tu w borach żubry bili, — Kudłaty cap. Grzmi kolęda skroś śnieżycy, Dziatwa leci zgrają. Już-ci z capem kolędnicy Do chałup stukają! Cap idzie, cap — cap — cap! Kłapie pyskiem, kłap — kłap — kłap! Klęka pięknie, składa ręce Przed Dzieciątkiem we stajence, — Rogaty cap. A otwórzcież drzwi narozcież, A dajcież kolędę! A ugośćcież, a zaproścież Prastarą legendę! Cap idzie, cap — cap — cap! Łapie grosze, łap — łap — łap! Kto capowi dopomoże, Temu pomóż Panie Boże, — Bogaty LESIEMoże w bory, w śnieżne bory, Gdzie choinek rośnie tyle, Przylatują też anioły Na tę jedną w roku chwilę. I, wybrawszy jedno drzewko, Stroją je w tęczowe włosy, Przyniesione z raju jabłka, Srebrne gwiazdy, złote kłosy... A, gdy wszystko już gotowe, Drobnym dzwonkiem dzwonią z góry, — I, kto tylko żyje w borze, Goni, ile sił ma który. Przykicały w mig zające I poważnie słupka stoją, Sarny klękły w białym śniegu, Wiewiórki się trochę boją. Lis w pokłonie uroczystym Rudą kitą śnieg zamiata, Biegną dziki i borsuki, — Samotniki z końca świata. Chmura ptactwa buja w górze... Radość wszędy, zgoda wszędy: Wszystko śpiewa wielkim chórem Cudne, leśne swe TRZEJKRÓLOWAIdziem z gwiazdą nad głową Świecącą, trzejkrólową, Lepiliśmy ją w trudzie, — Popatrzcież, dobrzy ludzie. Wicher śniegiem w nas wali, Gwiazda młynkiem się kręci, W środku świeca się pali. — Ratujcież, wszyscy święci! Kasper, Melchjor, Baltazar, Wędrować nam rozkazał: Idźcie, prawi, po świecie, Chwalić Pannę i Dziecię. Ulepilim stajenkę, Jezusa i Panienkę, I bydlątka za żłobem Bardzo pięknym sposobem. Klęczy wołek, osiołek, W górze śpiewa aniołek: Z ustek mu się przewija Na niebiosach gloryja. Gloria Bogu na niebie, Pokój, człecze, dla ciebie. Tak nam prawić przykazał Kasper, Melchjor, tutaj przed wami Szopkę z trzema królami I z tym strasznym Herodem, Co go krew dzieci plami. Gwiazda nad żłobem świeci. Król jeden, drugi, trzeci... A może to za króle Przebrane polskie dzieci?.. Ten jeden od Poznania, Ten z Warszawy dogania, A ten trzeci z Krakowa Pawią wiechą się kłania. Ze trzech stron przybieżeli, O sobie nie wiedzieli. Zły Herod ich rozdzielił, Połączyli anieli. Uścisnęły się ręce W Jezusowej stajence, — Niech całą Polskę kocha Każde serce dziecięce. Dosyć było Heroda, — Ma być radość i zgoda! Pan Jezus się narodził, — Miłość siły nam w wielkiem mieście na ulicy Tłum rozbawiony płynie W ten wigilijny zmierzch, w śnieżycy, O późnej już godzinie. Wozów, pojazdów sznur się spieszy: Turkocą, trąbią, dzwonią, — W obładowanej ludzkiej rzeszy Z paczkami wszyscy gonią. Choinek stosy wyprzedano: Raz wraz ktoś drzewko niesie... Na placu pusto, a dziś rano Tak było tu, jak w lesie. Latarnie błysły długim sznurem W lotnego śniegu srebrze... A tam pod szarym, zimnym murem Kobieta z dzieckiem żebrze. O, czyż nie dosyć jest choinek, I domów, i pokoi, — Że matka ta i ten jej synek Na mrozie, żebrząc, stoi? Czy dziś przy żadnym z białych stołów Nie siądzie on i matka? Czyliż nie dosyć jest aniołów? I serca? I opłatka?SKLEPZa zamarźniętą szybą Wielkiej sklepowej wystawy Niedźwiadek rozmawia z rybą, A serwis z młynkiem do kawy. Lalka w różowej sukience Na wózku oczy wywraca, A druga wyciąga ręce W stronę śmiesznego pajaca. Jaskrawe piłki gumowe Leżą, jak dziwne owoce. Koń z kija pochyla głowę, Motyl skrzydłami trzepoce... A mali przechodnie płyną, I każdy oczkiem tu zerka, — Czy pod obdartą chuściną, Czy z pod ciepłego futerka. Tęsknią i smucą się cacka: Z za szyby uciec im chce się! Niechże ktoś przyjdzie znienacka, Kupi i w świat je poniesie! Do dzieci tęsknią w tę wilję! Do wszystkich, ze wsi i z miasta! A szyba mrozem zarasta W srebrne choinki i lilje...OKNO MIEJSKIENaprzeciwko tuż przed nami, (Tylko dzieli nas ulica,) Jest ogromna kamienica, Jak komoda z szufladami. W każdej z szuflad ludzie żyją, Wzajem się nie znając wcale... Wieczór widać doskonale, Jak coś robią, piszą, szyją. Tu się w oknie bawią dzieci, Tam ktoś widać leży chory: Przez spuszczone ciemne story Nocna lampka blado świeci. Tu jest jasno i wesoło, Stamtąd ciemność wieje pustką... Tutaj dzieci tańczą wkoło, Tam ktoś łzy ociera chustką... Dzisiaj dom jest cały jasny: Boże drzewko świeci wszędzie. Każdy w swej szufladce własnej Siedzi sobie przy kolędzie. Tylko tam, gdzie chory leży, Widać jakieś smutne głowy... Więc mu życzę jak najszczerzej: Niechże prędko będzie zdrowy!BOŻE DRZEWKOMoże wierzyć nie zechcecie, (Choć nie skłamię nic przed wami!) Że to drzewko całe przecie Ustroiliśmy my sami! Wycinało się, kleiło Od samiutkiej już jesieni, Ale teraz spojrzeć miło: Aż się błyszczy! aż się mieni! Wszystkośmy zrobili sami: I kółeczka, i łańcuszki, I laleczki, i wydmuszki, I koszyczki z orzechami. I wiaderko, i miseczkę, I wisiorki z długich słomek, I złocony śliczny domek, Co ma w środku małą świeczkę. A jakeśmy tu w tej chwili Zobaczyli nasze dzieło, — Tośmy wszyscy się zdziwili, — Skądże się też takie wzięło! Że to biedne drzewko z lasu Tak udało się ozdobić, By je pracą swą zawczasu W Boże drzewko móc przerobić!LALKALaleczko moja mała, Dziecko moje kochane, Ciąglem sobie myślała, Czy cię aby dostanę? No, i jesteś nareszcie! O tu, tu, przy choince... Chodźcie, zobaczcie, spieszcie, — Śpi w białej koszulince. Dostanę skrawek płótna, Uszyję jej sukienkę. Nie będę zła i smutna, Choć wezmę igłę w rękę! Trudno! Jak się ma dzieci, To nie można próżnować. Strasznie prędko czas leci: A chowaj je, a prowadź, A szyj, a pierz, a gotuj, A ucz, żeby zmądrzały... Dajcie mi święty spokój, — Cały dzień na to mały! Niema chwili na psoty! Jak ja się z tem obrobię? Toż to będą kłopoty, Nim wyrośniemy obie!KOŃSiwy koń na kiju, Purpurowe lejce. Będę galopował W klonowej alejce. Przez calutki ogród, Przez wszystkie pokoje, — Nigdzie się nie wstrzymam, Nigdzie nie ustoję. Dookoła stołu, Dookoła świata Nikt tak nie obleci, Jak mój konik lata! W każdym z czterech kątów Zwiedzam inne kraje. Wszystko w nich oglądam, Nigdzie nie zostaję. W drzwiach północny biegun, Za kredensem Chiny, Przy oknie Indjanie, Za piecem murzyny. Żegnajcie, druhowie, Już mój konik bryka... Jeszcze nie odkryta Druga jestem — szabelka, Co blachą w słońcu gra. Dziecinna, mała, wielka, — Zawsze ta sama — ja. Ktokolwiek po mnie sięga I pragnie ująć w dłoń, Ma wiedzieć, że przysięga I bierze rozkaz — «broń!» Więc, gdy mię raz przypasze I godnie nosie chce, Rycerskie dzieje nasze Ma znać, jak abc. I wiedzieć, że dlatego Nazywa bronią miecz, By bronił nim słabego, A przemoc gonił precz. Nie będzie głupiej bitki, Odkąd mię ujął w dłoń: Rycerz, nie zbójca brzydki Ma prawo nosić broń. To nic, żem dziś blaszana, — (Na inną brak ci sił.) Alem ci nato dana, Abyś rycerzem tu przed sobą książeczkę, Co chce ci być dobrą drużką. Posłuchaj tylko troszeczkę, Co ci powiada na uszko: Ja sama dziś nie potrafię Być kluczem od czarów bramy, Ale przyjdź do nas, gdzie w szafie Na wielki wiec zasiadamy. Każda ci tam coś poradzi, Gdy będziesz słuchał jej rady, W szeroki świat poprowadzi, W nieznane kraje na zwiady. Przez wielkie lądy i morza W dalekie, wolne odjazdy. Otworzy tobie przestworza, Poniesie w słońca i gwiazdy. I będzie wodziła w czasie, I dawne opowie dzieje. Cudami ciebie napasie, Rozpłacze i roześmieje... Świat cały pokaże święcie, Jak czarodziejskie zwierciadło. Tylko masz poznać zaklęcie, Sezamu klucz — ROKOdchodzi od nas Stary rok I pyta — czy pamiętasz? Trza odprowadzić go krok w krok Tam, gdzie ma iść — na cmentarz. Pod te krzyżyki, gdzie od lat Odchodzą stare lata, — Gdzie się zkolei każdy kładł W grób dziada, ojca, brata. Bo każdy rok, co tutaj śpi, Jak zaśnie ten w tej chwili, — To tylko oni, tylko ci, Co niegdyś dla nas żyli. A potem legli w skiby pól, Trudem i krwią ich żyzne, I, jak na tacy chleb i sól, Oddali nam — Ojczyznę. Więc się cichutko dajcie wieść, Niech wszelki gwar ustanie. Umarłym latom — pamięć, cześć I wieczne spoczywanie. A temu, co się Nowym zwie, Nadzieją naszą złoty, Podajmy raźno dłonie dwie — I dalej — do roboty!NOWY ROKJaki ranek wesoły, Ile wszędzie słoneczka! Żywo, dzieci, z łóżeczka, — Dzisiaj pierwszy dzień szkoły. Przez wszystkie białe dróżki, Przez zawiane uliczki Brną w śniegu małe nóżki: Braciszki i siostrzyczki. Wszędzie wychodzą dzieci Tak jak i my z książkami. Jedno nam słonko świeci Jedna ziemia przed nami. Idziem gromadą całą W to mroźne, raźne rano... Uścisnąćby się chciało Całą Polskę kochaną! Ci, co kraj nam zdobyli Bohaterską krwią własną, Może patrzą w tej chwili, Jak nam wolno i jasno. Mogą patrzeć. Nic złego! Dzielnie staniem do pracy. Nie boim się niczego! Alboż my jacy tacy...

świeci gwiazdka jedna druga tekst